Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Kategorie: Wszystkie | Kultura | Warszawa
RSS
poniedziałek, 06 listopada 2017

Dziś w ramach DOKDIALOGU o 19:00 film wyświetlany w Śródmiejskim Domu Kultury (Smolna 9). Poniżej opis organizatorów.

Zdjęcie użytkownika Dokdialog.

Arabski sekret, reż. Julia Groszek, 2017
czas: 57min
Trzydziestokilkuletni Kamil Filipek pragnie poznać swojego ojca, Ilhama Al Madafaiego – bliskowschodnią gwiazdę arabskiej muzyki folkowej. Ojciec i syn nigdy się wcześniej nie spotkali. Podróż, jaką bohater odbywa wraz z filmową ekipą, to jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie o sens życia, własne korzenie, kim jestem i jaką drogą podążam? Czy jeśli uda mu się zobaczyć z ojcem, to mu w tym pomoże? „Arabski sekret” Julii Groszek, to emocjonalna ballada o poszukiwaniu samego siebie, ukazana przez pryzmat dwóch światów i dwóch kultur. Kamil łączy je w sobie – wychowany w Polsce, w duszy czuje głęboki związek ze Wschodem.

Po projekcji spotkanie z reżyserką.
Serdecznie zapraszamy na przedpremierowy pokaz filmu!

Goście: Julia Groszek - reżyserka filmów dokumentalnych i krótkometrażowych filmów fabularnych. Magister nauk humanistycznych, włada czterema językami i jest absolwentką programu dokumentalnego DOK PRO w Szkole Wajdy. W swojej pracy skupia się na kwestiach związanych z poszukiwaniem tożsamości bohaterów. Jej debiut “Pałac Dożów” poświęcony był eksploracji zamkniętej, męskiej społeczności pracowników kolei w Rumunii oraz obserwacji jak definiują swoją tożsamość poprzez wspólne tworzenie swoistego “domu z dala od domu”. Krótkometrażowy film “O Włos” stworzony w ramach konkursu 48 Film Project zdobył nagrody za najlepsze wykorzystanie gatunku filmowego oraz najlepsze zdjęcia.

Prowadząca:Beata Poprawa - absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa, czechofilka. Publikuje bądź publikowała na Artpapier.pl, Ha.art.pl, w Magazynie Filmowym SFP, Magazynie BadTaste, 5kilokultury.pl. 

(...) Organizatorzy DOKDIALOGU zaprezentują filmy dokumentalne powstałe w latach 2013-2017, ze szczególnym naciskiem na debiuty dokumentalne i filmy realizowane przez młodych twórców, które odniosły sukces na międzynarodowych festiwalach.
Organizator: Fundacja Rozwoju Sztuki Filmowej
Partnerzy: Szkoła Wajdy, Dom Kultury Śródmieście
Wydarzenie współfinansowane przez m.st. Warszawa

Źródło tekstu: materiały promocyjne organizatorów Link

13:58, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 listopada 2017



33. Warszawski Festiwal Filmowy został zakończony. W nocy z niedzieli 22.10. na poniedziałek 23.10. przeliczono głosy publiczności  i ogłoszono wybrane przez nią filmy. W kategorii fabularnej trzecie miejsce  zajął „Djam” Tony'ego Gatlifa, autora słynnych filmów z Romainem Durisem („Gadjo Dilo”, „Z bociana zrodzony” „Exils”). Drugie miejsce – tu zaskoczenie – wygrał Marek Piwowski „Rejsem” – na którego jedynym pokazie (47 lat po premierze) pojawił się on sam i Janusz Kłosiński, słynny śpiewak Józio (który zaśpiewał na żywo „Były maje, były bzy”). Najlepszym filmem fabularnym okazał się jednak szwedzki „Dziennik gangstera” w reżyserii Chorwata, Ivicy Zubaka.

„Dziennik gangstera”, w którym główne rolę grają naturszczycy (podobnie jak w „Rejsie” i filmach Gatlifa) rozgrywa się na przedmieściach Sztokholmu. W dobie Internetu, blogów i vlogów główny bohater, Metin (Can Demirtas) pisze tradycyjny dziennik w którym, używając znanych sobie zwrotów, leksyki i wulgaryzmów barwnie oddaje żywot człowieka z bloków. Ze względu na opisywanie rzeczywistości bez symboliki, a postaci – pod ich prawdziwymi nazwiskami – ostatnią rzeczą, której chciałby autor, byłoby trafienie dziennika w niepowołane ręce i ukazanie się w świetle dziennym zawartych w nim faktów. Tymczasem jednak wszystko wskazuje, że dokładnie tak się stanie – zgubiony i odnaleziony dziennik trafia w ręce… wydawcy, który zachwyciwszy się nim, chce go opublikować w wielotysięcznym nakładzie.

Punkt wyjścia filmu może się wydawać naiwnym, ale jeśli chodzi o wykonanie – „Dziennik gangstera” jest brawurowy. Jest tu miejsce zarówno na kino społeczne a'la Ken Loach, na dramat w etnicznym getcie wielkiego miasta jak w słynnej kopenhaskiej trylogii "Pusher" Nicholasa Windonga Refna, czy na farsę w stylu "Strzałów na Broadway'u Woody'ego Allena. Wszystko broni się też dzięki wiarygodnej kreacji trzydziestoletniego Cana Demirtasa w roli głównej.

Podobnie jak inny tegoroczny szwedzki  wygrany , „The Square” (triumf innego festiwalu, czyli Złota Palma w Cannes) "Dziennik gangstera" oddaje to, co współczesnym Szwedom wychodzi najlepiej - zderza klasy i szydzi zarówno z dobrze ułożonego społeczeństwa szwedzkiego, uosabianego tutaj przez wydawcę, jak i z imigrantów, którzy odrzucają kulturę szwedzką jednocześnie ją przejmując. I tak wydawca - Puma  (Jörgen Thorsson, również barwna rola) ukazany jest z jednej strony jako snob, ale z drugiej jako człowiek o wyzwolonym umyśle, gej uczący Metina tolerancji, dający mu szansę na odmianę życia.

 

12:26, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 października 2017

Nagroda im. Natalii Gorbaniewskiej przyznana "Domowi kata" Andrei Tompy to jedna z ostatnich tegorocznych nagród literackich. Rumuńską pisarkę węgierskiego obywatelstwa docenili czytelnicy Angelusa. Głosowanie odbywało się przez portal tej właśnie wrocławskiej nagrody promowanej przez Dziennik Gazetę Prawną).

Autorka, urodzona w 1970 r. w Kluż-Napoce (tłumaczonej tu jako Kolożwar) opisuje współczesne dzieje Siedmiogrodu, tej właśnie krainy historycznej, w której zrodził się nasz XVI-wieczny król elekcyjny, Stefan Batory.

Tompa przedstawia Siedmiogród zarówno historyczny, jeszcze XIX-wieczny, (a więc austro-węgierski), międzywojenny, (a więc już rumuński), jak i wojenny (ponownie węgierski), na socjalistycznym kończąc (akcja zbioru opowiadań kończy się w grudniu 1989 tuż przed rozstrzelaniem Ceaușescu).

U Tompy jest więc miejsce zarówno na historię o rumuńskim królu Karolu I Hohenzollernie (znanym też z powieści"Dni króla" Filipa Floriana, również finalisty tegorocznego Angelusa), na napomknienie o przepychankach węgierskich strzałokrzyżowców i rumuńskiej Żelaznej Gwardii w konkursie o to, kto bardziej przypodoba się Hitlerowi (przemianowanie głównych placów miejskich na cześć przywódcy III Rzeszy) i końcowe tych starań efekty (Hitler nadał Siedmiogród Węgrom, a Stalin odebrał go nazad, przyznając sobie Wschodnią Mołdawię).

Gdybym miał rzec, czy te historyczne dzieje środkowej części Europy są interesujące - muszę wyznać szczerze, że dla mnie - bardzo. Powód jest jasny - interesują mnie te historie, które słyszę po raz pierwszy. I choć  w trakcie lektury "Domu kata" co krok musiałem sięgać do Wikipedii, by wypisać sobie siedmiogrodzkie miasta i móc nauczyć się ich na pamięć (dzięki czemu wiem już prawie bez pomocy, że prócz Kolożwaru są to Segieszów, Braszów, Bystrzyca, Sybin, Sebeș i Mediaș).

Tompa opisuje pokoleniowe losy węgierskiej mniejszości żydowskiego pochodzenia w rumuńskiej dyktaturze. Wyprawy do Budapesztu mogą być dla nich jak oddech wolności, toteż nie zawsze dochodzą do skutku. Czasami, by dostać pozwolenie na wyjazd trzeba szukać pretekstu (pogrzeb wujka lub ciotki), czasami oznaczają zaopatrzenie w dżinsy lub paprykę, narodowe dobro Węgrów.

Siedmiogród, zwany również Transylwanią, nigdy nie wrócił do Węgier, natomiast po wejściu Rumunii do UE ponownie znalazł się w tej samej strefie wpływów. Z czasem Węgry i Rumunia zostały też włączone do strefy Schengen. O dziejach potransformacyjnych Tompa pisze jednak niewiele, by nie rzec, że nie wspomina o nich prawie w ogóle. Polityka i Historia figurują w prozie Tompy również dość zdawkowo, ale cała książka Węgierki zdaje się być wyrazem historycznego determinizmu - dalsze i bliższe działania bohaterów uwarunkowane są ich narodowością; ich postrzeganie dwudziestoczteroletniej dyktatury Caușescu postrzegane jest z perspektywy outsiderów, ale i ludzi pozbawionych dystansu. Tompa, narodzona już za dyktatury słynnego genseka i późniejszego prezydenta, cierpi nie tylko na skutek typowych da regionu problemów z zaopatrzeniem i klęską idei oddolnych samorządów rad robotniczych uziemianych odgórnymi dekretami (jak słynny decretul zakazujący aborcji pod groźbą więzienia dla pacjentki i lekarza, znany też z filmu "4 miesiące, 3 tygodnie i dwa dni", czy z prozy Niemki z Banatu, noblistki Herty Müller). 

Od strony formalnej opowiadania, a w zasadzie nowelki Tompy to luźne impresje, czasami przyjmujące folklorystyczny charakter (opowiadanie o przygotowaniach do pogrzebu), czasami meta-literackie (opowiadanie o referacie uczennicy o Hermanie Hessem), czasami historyczne (jak wspomnienia dziadków). Raz pisane są w pierwszej, raz  w trzeciej osobie, pod pseudonimem różnych uczennic, a raz pisane wprost pod nazwiskiem Tompy - gdy mowa o jej stryju. tłumaczenie Anny Butrym (ur. 1985), również godne jest uwagi - z racji na stosowanie w oryginale węgierskiego - pozostawiono dużo wtrętów z obcego dla bohaterów rumuńskiego. Oddaje to nieprzystosowanie rumuńskich Węgrów, usuwanych z zakładów pracy za nieznajomość języka ojczystego. 

 

14:28, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 października 2017

 33. Warszawski Festiwal Filmowy przechodzi do historii. 

Znalezione obrazy dla zapytania alphago film

Tegoroczną edycję charakteryzowała duża ilość filmów z Azji Wschodniej. Chińskie dzieło "Zabić arbuza" wygrało n.p. Konkurs Międzynarodowy; pojawiły się dwa filipińskie filmy o zbrodniach polityki narkotykowej prezydenta Rodrigo Duterte - zawoalowanych w historiach o manananggali, kobiecie ze skrzydłami smoczycy szczytującej w czasie mordowania seksualnych partnerów ("Kobieta spod 23B"), czy o niemym pracowniku zakładu pogrzebowego do którego trafiają ofiary czystek wśród najuboższych ("Bomba"). Wyróżniona została też "Droga 318" o Tybecie, a wśród filmów konkursu Wolny Duch błyszczało też "Poza ramą" o artystach sztuk wizualnych, którzy muszą decydować, czy chcą tworzyć po swojemu, czy umrzeć z głodu. 

Laureatem nagrody publiczności w kategorii dokumentalnej został film "Alphago" Grega Kohsa (z USA) o pojedynku programu komputerowego z koreańskim arcymistrzem gry w go.

Pojedynek został pokazany w sposób epicki - jako że jest to gra znana głównie wśród jej fanów, mecz ów nie był na tyle głośny, co sparing szachowego mistrza, Gariego Kasparowa z komputerem Deep Blue. Zadaniem reżysera było pokazanie tego specyficznego boju w sposób godny kina hollywoodzkiego. I tak się właśnie stało. Walka Koreańczyka Lee Sedola z zespołem Deep Mind delegowanym przez samego Googla - to "Rydwany ognia" dokumentu, "Rocky" kina faktu.

Gra w go, jak wyjaśnia film, nie jest od szachów prostsza, ma wprawdzie tylko planszę i czarne lub białe pionki (bez figur), ale możliwości posunięć jest nieproporcjonalnie więcej (mówiąc skrótowo - należy zająć jak najwięcej pola odcinając poszczególne części planszy zamkniętymi liniami pionków tego samego koloru). Program Alphago(nie mylić z alpagą) opracowywany przez międzynarodowych informatyków pod brytyjską banderą zakłada wprawdzie, że program może przewidzieć 50 ruchów wprzód (z różnymi gałęziami możliwości), analizuje grę na podstawie zapamiętanych, historycznych pojedynków arcymistrzów, a także analizuje prawdopodobieństwo wygranej na podstawie każdego możliwego ruchu; uczy się też sam od siebie i na podstawie wymyślonych przez siebie ruchów i ich skutków. Poszerza zadania swojego programu o nowe możliwości - n.p. o nieszablonowe, "artystyczne" zagrania, które traktowane są przez ludzkich graczy nie jako droga do wygranej, ale jako wyrażenie siebie samego poprzez styl gry.   

Gra w go wydaje się dla laików czymś innym niż jest dla graczy - ci uważają się bowiem w jakimś sensie za artystów. Zaskakująca jest pewność siebie ludzi, a także nieobliczalność maszyny... obliczeniowej. 

Informatycy kpią z wizerunku maszyn i programów - n.p. szydzą (jak albatros z łucznika) z wizerunku programu na plakatach - w postaci świecącego oczami terminatora. Swoją maszynę uważają bardziej za zaawansowaną pralkę mechaniczną niż za androida. I tak sztuczna inteligencja w dokumencie "ALphago" pokazuje realny wizerunek Hala 9000 z "Odysei kosmicznej 2001", czy matki z "Obcego". Program nie powie człowiekowi: "I'm sorry Dave, I am afraid I can't do that", nie wyeliminuje go, czy nie zaszkodzi jego zdrowiu - ale pokona go swoimi umiejętnościami. Zresztą sami informatycy mówią, że sami są bardzo słabi w go, program ucząc się sam od siebie kilkusetkrotnie przerósł ich możliwości analityczne.

Rozgrywają natomiast arcymistrza w sposób, którego nie powstydziliby się łowcy głów z filmów Tarantino - do przesuwania pionków "za komputer" sadzają naprzeciwko Sedola zwykłego człowieka - arcymistrz przyzwyczajony do grania z żywymi ludźmi stuka rytmicznie w planszę, zerka złowrogo, czy stara się innymi niestandardowym metodami wytrącić z równowagi , czy rozpracować psychologicznie żywego człowieka naprzeciwko, podczas, gdy to przecież nie on z nim gra.

Alphago walcząc z człowiekiem tak naprawdę walczy z całą ludzkością - w imieniu sztucznej inteligencji, a Sedol broni ludzkości.Reakcje koreańskich komentatorów nie odbiegają w swej pomysłowości od dokonań Dariusza Szpakowskiego. -Jak on śmie! - krzyczy koreańska dziennikarka, gdy program blokuje posunięcie mistrza. Gasnąca pewność siebie Sedola równoważona jest przez reakcję programistów - skoro ludzie wynaleźli Alphago, to triumf Alphago z Sedoelm też będzie triumfem człowieka.  

16:47, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 października 2017

Bój o Angelusa 2017 zakończony, a Oleg Pawłow doceniony za powieść „Opowieści z ostatnich dni” (Noir Sur Blanc, przekład: Wiktor Dłuski). W tym roku statuetka projektu Ewy Rossano oraz 150 tysięcy złotych powędruje do Rosji. Po Noblu dla Ishiguro, Nike dla Łazarewicza, Bookerze dla Saundersa sezon literackich nagród uznajemy za zamknięty i przystępujemy do lektur. Już za trzy lata spodziewajcie się naszych recenzji. 

„Opowieści z ostatnich” dni to pierwsza rosyjska powieść nagrodzona w tym wrocławskim, literackim konkursie. Pawłow, podobnie jak wydany w tym samym roku, ale pominięty nawet w nominacjach do Angelusa Zachar Prilepin ("Klasztor") mierzy się z dziedzictwem stalinizmu, ale także  z tradycjami literackimi Aleksandra Sołżenicyna, Warłama Szałamowa, czy Wassilija Grossmana.

Trylogia składa się z trzech częśći:   
Pierwsza z nich opisuje dzieje kapitana ukaranego za to, że bez rozkazu obsadził pole kartoflami, by wyżywić swoich okradanych przez zwierzchność żołnierzy, druga – życie obozowego strażnika, trzecia – podróż grupy żołnierzy z trumną zabitego kolegi.

Oleg Pawłow (ur. 1970) po ukończeniu szkoły pracował jako tragarz i niewykwalifikowany robotnik, odbywał obowiązkową służbę wojskową w kompaniach ochrony łagrów w obwodzie karagandyjskim  (Kazachstan). Przeżycia tego okresu pozostawiły głęboki ślad w jego twórczości. Po przedterminowym zwolnieniu z wojska ze względu na stan zdrowia pracował w szpitalu, ukończył zaoczne studia w moskiewskim Instytucie Literatury. Opublikowana w roku 1994 powieść Służbowa baśń odniosła duży sukces i od razu postawiła Pawłowa w rzędzie najciekawszych rosyjskich pisarzy jego pokolenia. Pawłow uprawia również krytykę literacką, bierze udział w dyskusjach na tematy literackie i społeczne. Jego zawsze bardzo osobiste i wyraziste wypowiedzi często budzą zaciekłe spory. Jest laureatem wielu nagród literackich, m. in. Rosyjskiego Bookera (2002 r.) i nagrody Aleksandra Sołżenicyna (2012 r.), był też nominowany do Rosyjskiego Bookera dziesięciolecia (2011 r.).

Nagroda Angelusa przyznana zostałą po raz dwunasty. Wśród dotychczasowych laureató i laureatek znajduje się m.in. późniejsza noblistka, Swietłana Aleksiejewicz, György Spiró ("Mesjasze"), czy recenzowany przez nas Varujan Vosganian (Księga szeptów").  

Źródło: Angelus.com.pl

zdjęcie: 4free.

01:13, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 października 2017

Nie chcieliśmy polecać w ciemno, więc polecamy wystawę dopiero teraz, ale za to po obejrzeniu.

Oskar i Zofia Hansenowie, Forma Otwarta

Do 29.10.2017 w Muzeum nad Wisłą jest do obejrzenia wystawa Oskara i Zofii Hansenów "Forma Otwarta". Oskar Hansen (1922- 2005) i Zofia Hansen (1924- 2013) - znana para polskich architektów zaprojektowała m.in. Przyczółek Grochowski i Osiedle Rakowiec WSM.

Wzorując się na wielkopowierzchniowym budownictwie mieszkaniowym Le Corbusiera dążyli do tego, by przyszli mieszkańcy osiedla mieli wpływ na szacowany układ mieszkań, które mieli nabywać. Była to t.zw. architektura partycypacyjna  - niestety jej projekt nie powiódł się, bo mieszkania przydzielone zostały losowo.

W pokazanych w Muzeum nad Wisłą projektach widać przyświecające Hansenom idee- niektóre sprzeczne ze sobą  - z jednej strony Hansenowie opowiadali się za architekturą Formy Otwartej (polegającej m.in. na partycypacyjnym projektowaniu wnętrz i dowolnym ustawianiu n.p. ścian działowych) ale sprzeczną z tą ideą wydawała się ich wizja Linearnego Systemu Ciągłego - projektu czterech "liniowych miast rozciągających się przez całe terytorium Polski, od morza do Tatr". Trudno o bardziej totalną architekturę w której taki drobiazg jak ściana działowa nie miałby najmniejszego znaczenia, gdy - do jego realizacji zniszczona byłaby cała infrastruktura kraju i przebudowana od zera architektura. Hansenowie sprzeciwiali się odgórnemu narzucaniu rozwiązań architektonicznych - sami jednak takie rozwiązania projektowali.

Hansenowie niewątpliwie byli wizjonerami wykraczającymi poza stereotypowo rozumianą architekturę, ale i poza architekturę w ogóle. Wystawę Hansenów składającą się z modeli architektonicznych urozmaicają liczne bryły i projekty przypominające rzeźby abstrakcyjne, a także dokumentacja ich prac - m.in. (prawdopodobnie jedynego) zrealizowanego dzieła architektury partycypacyjnej, czyli domu, który Hansenowie zaprojektowali i zrobili sobie sami.

 

19:39, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »

Nie jesteśmy złymi ludźmi, ale czynimy zło.

John Rayburn (Kyle Chandler),

"Bloodline" 

 

To motto dobrze oddaje sens najlepszego serialu Netflixa, a przynajmniej pierwszego sezonu.  Gdy do szacownej rodziny florydzkich hotelarzy, Rayburnów, powraca po latach czarna owca, - przemytnik narkotyków Danny (nagrodzony za tę rolę Emmą fenomenalny Ben Mendelsohn, zdjęcie u góry) - po to, by przerwać niekontrolowana spiralę przemocy, zażegnać chaos i zagrożenie dla pozostałej rodziny - jego brat, stróż prawa, John będzie zmuszony posunąć się do ostateczności. 

Nieunikniony, ale zapowiedziany w motcie finał pierwszego sezonu na dobrą sprawę zamyka "Bloodline" w jego najlepszej, najbardziej dramatycznej formule, głównie dlatego, że usuwa swoją centralną postać, ale tak samo jak w "Narcos" śmierć Escobara nie oznacza zakończenia opowieści, tak i w tym przypadku Netflix otwiera nową opowieść - o czymś innym: o poszukiwaniu pokuty (lub o ucieczce przed nią), o potrzebie zrozumienia i samoakceptacji przez pozostałych bohaterów. A także o odnajdywaniu Danny'ego w sobie przez każdą wciąż żywą postać. I o klasowych podziałach w Ameryce ni  na świecie.

John w pierwszym sezonie wygląda na zupełnie niewinnego i nawet dobreo człowieka, który chcąc dobrze, zaplątany mimowolnie w rodzinne interesy by bronić najbliższych rodziny dopuszcza się zbrodni. Jego moralne poczucie winy widać na długo przed zbrodnią- ta ma charakter raczej spontaniczny. John od początku dawał sie czuć odpowiedzialny za niewesołą sytuację Danny;ego, za jego odrzucenie i pozostanie reszty rodziny w samozadowoleniu.

John i reszta rodziny to ameryka A, Dannywraz ze swoimi wspólnikami to Ameryka B.

Wymowa "Bloodline" w drugim i trzecim sezonie zmienia się. Okazuje się bowiem, że to,co było sugerowane, że dobrzy ludzie czynią złe rzeczy nie jest  taką prawdą - Jonh ma na sumieniu nie tylko brata, ale pewien styl życia, który można przyrównać do poczucia winy bogatego nad biednym w "The Square". Gdyby "Bloodline" zakończył się na jednym sezoie kwestia dosłownego rozliczenia win Johna pozostałaby otwarta. W dalszych sezonach John wraz z wtajemniczoną w jego wybór rodziną jeszcze bardziej zaplątue się w sieć zła - i szukając kozła ofiarnego pośród wykluczonych znajomych Danny'ego chce zasugerować niejako, że wyluczenie i problemy Ameryki B są jej wyłączną winą.  

Na następcę Danny'ego wyrasta trzeci brat, Kevin (Norbet Leo Butz)- życiowo niezaradny, śmieszno-smutny przegryw i pół-desperat przypominający postaci grane przez Philipa Seymoura Hoffmana, Williama H. Macy'ego, Johna C. Reilly'ego lub naszych aktorów kina moralnego niepokoju. To człowiek złamany. Nie wyszedł jego biznes z łodkami, toteż Kevin szuka innych sposobów od odbicia się od dna. Kevin podobnie jak Danny popada w tarapaty, w odróżnieniu od Danny'ego nieświadomie, ale poprzez swój oportunizm. Suma sumarum dochodiz jednak do tego, że zaczyna się trudnić dokłądnie tym samym, co Danny. Różnica jest taka, że pozostaje lojalny wobec rodziny, co jest wybaczalne.

I dzięki Davidowi właśnie "Bloodline" pozostaje kolejną historią z narracją o walce klas. 

John, wybrany syn hotelarzy to uosobienie klasy posiadającej, kto ma, ten mu będzie dane, a kto nie ma temu zabiorą to, co (mu się wydaje, że) ma.  Danny odchodząc z rodziny odszedł nie dla własnego kaprysu. Od lat oskarżany był przez ojca (zmarły w te wakacje Sam Shephard) o śmierć siostry, której nie zapobiegł w czasie nie do końca udanej kąpieli w oceanie. Ale ojciec sam święty nie był - John wiele lat po fakcie dotarł do nagrań z których wynikało, że Danny był przez swego antenata molestowany. Tymczasem Kevin wpada w biedę z przyczyn globalnego kryzysu ekonomicznego, ale nie odrzucając dziedzictwa swojej rodziny udaje mu się korzystać z portfeli zamożnych biznesmenów.

Daleko w tyle za braćmi nie pozostaje Diana. Jedyna (żywa) siostra trójki braci pozostaje oczkiem w głowie matki. O ile każdy z braci miał przynajmniej po jednym dziecku (John jest przykładnym ojcem, Kevin zostaje "późnym ojcem", a syn Danny'ego pojawia się w drugim sezonie, ale w trzecim częściowo zanika). Nie do końca idzie jej układanie sobie życia osobistego. Romansuje z zastępcą brata, Marco Diazem (Enrique Murciano), nie radzi sobie z alkoholem, pozoruje też wraz z Johnem przykładne życie rodzinne i asystuje przy tuszowaniu jego zbrodni.

Rozwijając wątek walki klas warto zwrócić uwagę na to, że los Danny'ego jako dziecka nie był do końca w jego rękach - jego wykluczenie wynikło z takiego, a nie innego wyboru i upodobania ojca. Milczące rodzeństwo niewiele pomogło. Także pozostający w tle Kubańczycy tragicznie spaleni w czasie pożaru łodzi na oceanie, kryminalista Latynos Ozzy (John Leguizzamo), czy kombinator Irlandczyk Eric O'Bannon (Jamie McShane) nie wyglądają na ludzi spełniających amerykański sen możliwy do wykonania w jednym pokoleniu bez względu na społeczne pochodzenie, rasę, czy majątek.

Reprezentacja nowego, latynoskiego szeryfa, Aguirre (David Zayas), czy czarnego prokuratora (Mario Van Peebles) przypomina, że świat jest momentami etnicznie zdemokratyzowany, ale głównie w administracji publicznej, a nie w biznesie. W tym ostatnim dominują biali w wieku emerytalnym - Beau Bridges (biznesmen mający pół Florydy) i Sissy Spacek (hotelarka, matka Rayburnów). 

Amerykański sen ma się źle. I choć hotel Rayburnów nie jest jakąś zapadł dziura symbolizująca upadek Ameryki, to już jakieś złe dzianie się, kryzys wzajemnego zaufania, czy koniec snu może zapowiadać.  Inna sprawa, że surowość z jaką Rayburnowie mówią swoim niepożądanym gościom "wynocha!" budzi pewien respekt -trzeba mieć niesamowicie wygórowane zdanie o sobie, żeby do tego stopnia wyzbyć się ogłady i odpychać od siebie ludzi. I tak właśnie postępuje Północ wobec Południa.

Podobnie jak odwrócenie ról biblijnych, gdzie jabłko podaje Adam, a mordercą jest Abel. Twórcy "Bloodline" nie mają złudzeń, to nie wykluczeni zabijają wybranych; to bogacze, uprzywilejowani bracia codzienne w pewnym sensie zabijają biednych, odrzuconych, a dzieje się tak z powodu poczucia winy lub niemożności zmiany w sytuacji, przesuwania granic.

17:46, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 października 2017

Zdjęcie użytkownika 4free.blox.pl.

Kawa, donat i szachy - czyli Twin Peaks wannabe

Premiera trzeciego sezonu "Miasteczka Twin Peaks" to najbardziej oczekiwany serialowy powrót od czasu "Z Archiwum X". Oba te seriale u progu lat 90. ustawiły poprzeczkę przyszłym produkcjom. Nie tylko przyciągnęły młodzież i kinomanów żądnych ekscytujących lub alternatywnych wrażeń, ale wytyczyły też nowy sposób prowadzenia narracji serialom w ogóle. Łączyła je tendencja do zjawisk paranormalnych. Po premierze "Twin Peaks" nie sposób było włączyć telewizora, by nie obejrzeć seriali naśladowniczych, od familijnych "Eerie Indiana", przez "Millenium" po "Zdarzyło się jutro" (z Kylem Chandlerem z niedługo przez nas omawianego "Bloodline"). Od tego niewiele brakowało, by razem z demonem Bobem, czy rodziną Peakoków na ekrany wysypały się z telewizorów wampiry z "Buffy" smoki z "Xen " i "Herkulesów", aż absurd osiągnął granicę pułapu.

Gdy formuła się wyczerpała, wektor telewizyjny na kilkanaście lat przechylił się w drugą stronę; różne C.S.I udowodniały, że Boga i diabła nie ma, duszy też, a do wytropienia bandyty wystarczy dobry komputer; naturalistyczne produkcje HBO rozkładały człowieka na czynniki pierwsze, udowadniając leniwcom niezaczytanym we Freudzie, że duszy nie ma - aż i ta formuła wyczerpała się i nastąpiła kolej na "Czystą krew" "Żywe trupy" i "Grę o tron", w tej ostatniej gdzie pomału następował zwrot od Szekspira z pierwszego sezonu ku walce zombie ze smokami w sezonie przedostatnim. Historia zatoczyła koło, świat "Twin Peaks" w sezonie 3 musi zaskoczyć czymś nowym. 

Tymczasem w "Twin Peaks" zjawiska paranormalne nie były jak w "Z archiwum X" absolutnie niezbędne do poprowadzenia głównej linii narracyjnej. W pierwszym i drugim sezonie "Twin Peaks" chodziło o sprawę śmierci Laury Palmer, którą prowadził agent Cooper (Kyle Maclachlan). Gdy okazało się, że Laurę zabił jej rodzony ojciec, Leeland (Ray Wise) uruchomiono kolejny wątek seryjnego mordercy Windoma Earle'a (Wenneth Wels), który jak się wyjaśniło był od zawsze nemezis agenta Coopera.

Ale na tym nie koniec - o ile Leeland działał pod wpływem, tajonych emocji skrytych pod płaszczykiem małomiasteczkowego burżua, tak Earle był czarnym charakterem od samego początku. Obaj byli też .... opętani, tak, opętani przez demona, Boba (Frank Silva).

Bob w miarę serialu stał się głównym złym przeciwnikiem, niezmaterializowanym, ale przechodzącym z człowieka na człowieka - by w ostatnim odcinku - we śnie Coopera przejść z Windoma w samego Coopera, a raczej w jego Doppelgangera.

W prequelu serialu, czyli w filmie "Twin Pekas - Ogniu krocz za mną" zbrodnia ukazana jest w skali 1:1, a na koniec Lynch serwuje cliffhangera -ukochana  Coopera Annie Blackburn (Heather Graham) zostaje postrzelona i znajduje się na granicy życia i śmierci.

 Tak więc u progu 3. sezonu "Twin Peaks" trzy zagadki zostaną nierozwiązane - co z Cooperem? Co z Annie? Co z Windomem?

Do tego dochodzą zniknięcie poprzedni agenci - Philip Jeffries (David Bowie), Chester Desomnd (Chris Isaal), a także Sam Stanley (Kiefer Sutherland) - wszyscy trzej widziani w "Ogniu krocz za mną".

 

Trzeci sezon "Twin Peaks" nie ułatwia rozwiązania dwóch z trzech zagadek - Widom i Annie w ogóle się nie pojawiają - te watki zostają urwane.

Lynch zastępuje Windoma - Doppelgangerem Coopera - MacLachlan pojawia się tu w mrocznej stylówce - z czarnymi soczewkami.

Lynch ściąga swoje ulubione Naomi Watts - jako żonę Coopera i Diane jako jego niewidzianą w pierwszych sezonach partnerkę (Cooper nagrywał jej się na dyktafonie; jej obecność była domniemana, Diane równie dobrze mogłaby nie istnieć).

We śnie pojawia się zarówno Laura, jak Leeland. Poza tym olbrzym

Co nam daje 3. sezon "T.P."?

-Davida Bowiego wskrzeszonego w postaci imbryka.

-Franka Silvę wskrzeszonego w postaci latającej kuli

-Poczciwego Dougiego Jonesa, czyli cierpiącego na całkowity zanik pamięci i echolalię agenta Coopera. Echolalię.

-Kadry inspirowane malarstwem anglosaskim, m.in Francisa Bacona: "Portrait of a Man

-Powrót wspomnianych: Coopera, Laury, Leelanda, Andy'ego, Lucy, a także Hawka, Shelly, Bobby'ego, Audrey Horne i braci Horne'ów, Dużego Eda, Sary Palmer, Jamesa, Normy, olbrzyma, szalonego psychologa, wreszcie Gordona Cole'a (sam Lynch).

-Nowa generacja - dzieci dzieci z pierwszych serii: Caleb Landry Jones, Amanda Seyfried, wspomniany; syn Andy'ego i Lucy Wally'ego Brando (Miachael Cera w stylówce Brando z "Dzikiego").

-Nowe, ale stare gwiazdy: Tim Roth, Jennifer Jason Leigh, Jim Belushi, Robert Knepper, Tom Sizemore, Robert Forster.

-Magiczną zieloną pięść niszczącą demony.

-Żaboćmę.

-Demony nuklearne (poatomowi ludzi-cienie).

-Pożegnania; po wyprodukowaniu trzeciego sezonu zmarło troje aktorów, którzy w nim zagrali: Miguel Ferrer (agent Albert Rosenfield), Harry Dean Stanton (poczciwy przechodzień) i Catherine Coulson (kobieta z pieńkiem).

"Twin Peaks" nie został w tyle za innymi serialami - pokazał po latach, że taką dawkę psychodelicznych sekwencji zajmujących czasami po dwa-trzy odcinki na raz jest w stanie zaserwować tylko on, Lynch. Nikt inny nie zakończyłby serialu w przedostatnim odcinku, by na finał dać nieustanną, kilkudziesięciominutową sekwencję z oświetlonym reflektorami asfaltem pokrytym pasami drogowymi, widzianym przez przednią szybę samochodu (to nie jest żadne nawiązanie do "Zagubionej autostrady" Lynch w co drugim filmie pokazuje pustą szosę).

Lynch nie zawiódł; ani się nie sprzedał, ani nie oszalał. Udowodnił, że można stworzyć swoją własną kategorię opowieści do której nie ma sensu równać (od zewnątrz), ani przesadnie się od niej oddalać (patrząc od środka). Każdy odcinek kończy występem niezależnego zespołu i przypominającą Jarmuscha rozmową za każdym razem kogo innego, na temat zastępczy.

Opowieść o rozdwojonym, a w zasadzie fragmentaryzowanym i ponownie odnalezionym ego Coopera nie jest niczym więcej niż snem - ale jest to sen jedyny w swoim rodzaju, sen o Ameryce, sen o wolności, o walce dobra ze złem i o samotności. Ale też o żaboćmie, zielonej pięści, ludziach poatomowych i imbryku.

Czwartego sezonu raczej już nie będzie, ale gdyby Lynchowi przyszło do głowy przykazać potomnym by nakręcili "Twin Peks 4" za kolejnych 25 lat z żywymi jeszcze aktorami - #oglądałbym. 

20:39, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 września 2017

"Syn" - serial AMC z Piercem Brosnanem można oglądać niezależnie od jakichkolwiek wcześniejszych produkcji zarówno tej specyficznej stacji, znanej z serialu genialnego "Breaking Bad", popularnego "Walking Dead", docenianego Mad Men", czy specyficznego "Hell on Wheels", jak i bez znajomości westernu, czy poprzednich filmów Pierce'a Brosnana. Ale po co?

"Syn", adaptacja nominowanej do Pulitzera powieści Philippe'a Meyera, (którą zresztą recenzowaliśmy) to western, który wchodzi w buty zakończonego w zeszłym roku tasiemca "Hell on wheels", serialu, który ciągnął się jak tytułowa transkontynentalna sieć kolejowa budowana w drugiej połowie XIX wieku w USA. Główny bohater "H. o W.", Cullen Bohannon grany przez charyzmatycznego Ansona Mounta nie wabił być może samoistnie magnetycznym nazwiskiem aktora, znanego co najwyżej z pełnometrażowego filmu z Britney Spears, ale stworzył w zasadzie z niczego swoją legendę (dzięki odkrytej przez twórców charyzmie aktora i drugiemu planowi z Colmem Meaney'em na czele) pozwolił stacji na opowiedzenie całej historii w serialu od początku do końca, bez konieczności zerwania emisji, jak w przypadku wcześniejszej produkcji konkurencyjnej stacji kablowej, HBO - lepszej jakościowo, ale znacznie mniej dynamicznej produkcji zwanej "Deadwood", która w zasadzie się urwała, nawet nie w zakończeniu otwartym jak "Wire", ale w zawieszeniu, na szczęście bez cliffhangera jak kultowy urwany serial z lat 80. "Crime Story", na końcu którego główni bohaterowie (dwaj policjanci i dwaj gangsterzy) spadają do ocenu samolotem i nie widzimy czy giną, czy przeżywają (pierwszy sezon "Crime Story" zakończono wybuchem bomby atomowej, a bohaterowi przeżyli cóż więc przepłynięcie wpław do brzegu lub wyratowanie łodzią patrolu morskiego?)

"Syn" bez dygresji - jest serialem dość prostym, bo mówi o młodym Amerykaninie (Jacob Lofland, zdjęcie u góry) porwanym przez Komanczów i o tym samym, już starym (Brosnan, zdjęcie u dołu), który jest zupełnie innym człowiekiem, wielkopowierzchniowym latyfundystą chcącym się przebranżowić w magnata naftowego wbrew interesom lokalnej, meksykańskiej społeczności reprezentowanej przez familię Pedro Garcii (granego przez Carlosa Bardema, brata Javiera).  

 "Syn" jest serialem skrzyżowania kultur: amerykańskiej, meksykańskiej i autochtonicznej. Stary Eli jest tym właśnie skomplikowanym przedsiębiorcą, który z bogatym życiorysem zachowuje się tak, jakby całe życie pracował w banku a jego domeną było wysysanie pieniędzy, dreeeeeeeeeeeeeeeeeeeenaż - jak to prawił - H.W. Plainview (D.D Lewis) w "Aż poleje się krew". Gdy bohater tego właśnie, najlepszego póki co filmu amerykańskiego w XXI wieku (na równi z "To nie jest kraj starych ludzi") nakazał swoim pracownikom dzień przerwy po śmierci kolegi przygniecionego wiertłem - wykazał się tyleż współczuciem, co cynicznym wyrachowaniem,, na który nie zdobył się jego ubogi  krewny, Borowiecki (Daniel Olbrychski) w "Ziemi obiecanej" Wajdy 33 lata wcześniej. 

Eli McCullogh to wcielenie zła - bliżej mu do Borowieckiego niż do Plainview, skłonny jest bowiem eksterminować całą lokalną społeczność (czyt. Garciów) po to, by wydobyć ropę - on jednak motywuje swoje działania w zasadzie rasowo - dzięki czemu obraz jest jaśniejszy - Eli to nazista w skali mikro. Ludobójstwo, które kończy sezon 1 jest w książce zawarte we fragmencie początkowym - serial idzie nieco innym torem - sugeruje, że Eli ma powody do wdzięczności i przyjaźni dla lokalnej społeczności - ta ratuje go przed najazdem Meksykanów zza południowej granicy - tu efekt jest pozorowany -  skurwysyństwo bohatera musi być jeszcze większe.

Naturalnie powoduje to w widzu efekt wymiotny - taki nazista nie powinien być już głównym bohaterem - to wszak nie "Łaskawe". W oryginale zachowany jest kontrast - Eli opowiada sam o sobie jako o młodym , mając już 100 lat - do radia. O starym opowiada syn, Peter (Henry Garrett), który stawia ojca w negatywnym świetle. Tak czy inaczej stary Eli nie mówi sam o sobie jako o starym Elim - toteż do jego późniejszej chronologicznie postaci zachowany jest narracyjny dystans. Nie zmienia to faktu, że w równoległym wątku młodego Eliego mimo, że Komancze ukazani są jako gwałciciele i mordercy kobiet - Eli staje się ich dzieckiem i wychowankiem - pomimo porwania - bo zaprzyjaźnia się z ich niesamowitym wodzem (Zahn McClarnon - znany z drugiego sezonu "Fargo"). Eli jest więc nazistą nienawidzącym Meksykanów, ale ceniącym Komanczów - no cóż nazista to nazista - Hitler mówił, że szanuje Słowian w postaci Bułgarów, ale co z tego, skoro zabił kilkanaście, a może kilkadziesiąt milionów innych Słowian - Polaków i Rosjan? Zatem Eliego podobnie, tłumaczyć nie trzeba -to źlak.

W książce figuruje również wątek prawnuczki Eliego - w serialu nieobecnej; zamiast niej operuje wnuczka - Eli narodzony w latach 30. XIX wieku, syn w latach 60. wskazanego, a wnuczka na przełomie XIX i XX - w książce prawnuczka urodzona  jest w latach 20. XX wieku - niby się wszystko zgadza, ale Brosnan i tak jest za młody na 80-latka w 1916 r..  

***

Seriale i filmy westernowe zawsze oglądam z jakimś takim zgrzytem zadowolenia pod tytułem guilty pleasure - western to wszak końska opera, kicz nad kicze, nie cenię ani koni, ani oper, dlaczego więc mam cenić oderwanych od pługa kowbojów, którzy zamiast pójść na studia i szukać pracy w mieście błąkają się po polach i strzelają sobie w czoła kto-pierwszy-ten-lepszy? Otóż może nie z tęsknoty za pierwotnymi instynktami, ale w poszukiwaniu korzeni pierwotnego zła, narodzin trwających lub figurujących co jakiś czas niezmiennych, bezwzględnych układów. W książce Eli mówi - nie jest to być może zbyt aktualne- nikt nigdy nie zdobył żadnej ziemi legalnie. I o ile może nie dotyczy to rzeczywistości w naszym pokoleniu, ani w naszym kraju to i kilka pokoleń wstecz - a nuż. A jeżeli przełożymy to na władzę - raz daną, której nie odda się nigdy - nic wyjaśniać już nie trzeba. 

01:26, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 września 2017

Zdjęcie użytkownika Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski.

Lato mija, czas więc na wysyp wernisaży, imprez filmowych i jesieni koncertowej. Zaczynamy od tego pierwszego - od przedwczoraj nowa kolekcja Zachęty, dziś o 19:00 otwarcie wystawy "Tamam Shud" Alexa Cecchettiego w Zamku U-jazdowskim. Wystawę można nazwać kryminalną, jako że odwołuje się do prawdziwej australijskiej zagadki detektywistycznej z lat 40. - przy ciele niezidentyfikowanego mężczyzny odnaleziono tytułowe hasło "Tamam Shud",  w języku perskim oznaczające imiesłów "zakończony", zaczerpnięte z poematu "Rubajjatowie" Omara Chajjama z przełomu XI i XII wieku. Nieliczne egzemplarze tej księgi, m.in. takie z wydartymi kartkami, były poszlakami w sprawie, ale do dziś jej nie wyjaśniono. Wikipedia rozwija ciekawie niektóre wątki tej zagadki- my pozostaniemy przy samej jej idei - Alex Cecchetti uwspółcześnia ją przenosząc ją do XXI wieku; tworzy zarazem dwuletni projekt literacko - muzyczno - performersko - wystawienniczy. Konceptem głównym interaktywnej powieści jest to, że jej narrator nie żyje, co nie przeszkadza mu dalej prowadzić śledztwo we własnej sprawie. To się nazywa zaangażowanie. 

Podzielona na rozdziały książka pisana i tworzona jest na żywo lub interaktywnie, wystawa jest jedynie jednym z jej rozdziałów (epizodem 6). Czy będzie to bardziej wystawa-scenografia, czy perforamns - w którym obrazy odgrywane będą na żywo, przekonamy się już dzisiaj. Dla urozmaicenia wieczoru możemy spodziewać się koncertu i występu aktorskiego. 

Szczegóły: link

14:51, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Facebook
Filmy o prekariacie
Idea 4free
Knigi
Leniwiec
Precenzje 4free
Recenzje 4free z 2012 roku
Recenzje 4free z 2013 roku
Recenzje 4free z 2014 roku
Recenzje 4free z 2015 roku
Recenzje 4free z 2016 roku
Recenzje 4free z 2017 roku
Recenzje 4free z 2018 roku
Seriale
Teksty gościnne
Wystawy
Za darmo raz w tygodniu
Zawsze za darmo