Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Kategorie: Wszystkie | Kultura | Warszawa
RSS
piątek, 19 października 2018

Dokument - sylwetka, czyli dokument hagiografia. 

Tegoroczna edycja WFF niespodziewanie zaowocowała hagiografią. Ronni Kahn, australijska działaczka i twórczyni organizacji OzHarvest, zajmuje się walką z marnowaniem żywności. Jak pamiętamy z "Głodu" Caparrosa - rocznie marnuje się od 1/3 do połowy żywności na każdym etapie jej przygotowywania - od zbiorów, przez transport, przetwarzanie, magazynowanie i funkcjonowanie w sklepach po żywność marnowaną przez klientów. Walcząc z głodem i niedożywieniem, które kosztuje rocznie 9 milionów istnień ludzkich - w większości dzieci  - to dane potwierdzone - Kahn przyczynia się do postępujących zmian.

Ronni zobrazowana jest w filmie - jako się rzekło - jako święta. Pełna cech charyzmatycznych takich jak upór, poświęcenie, zdolności przywódcze i bezinteresowność niewolna jest od mikro-wad takich jak... upór, poświęcenie, zdolności przywódcze i bezinteresowność. He. He. Oczywiście, upór to upierdliwość, poświęcenie to zatracanie siebie, zdolności przywódcze to apodyktyczność a bezinteresowność to hipokryzja, ale przypudrowane PR-em brzmią ładniej.

Trochę śmieszkuję, bo Kahn to w gruncie rzeczy postać pozytywna i przyczynia się do dobra - Australia - jak dowiadujemy się z przebiegu filmu - dzięki Kahn i OzHarvest znosi regulacje nakazujące korporacjom handlowym wyrzucanie przeterminowanej żywności - w zamian przejmuje je do swoich punktów charytatywnych, gdzie lokalna ludność może nadające się do jedzenia niesprzedane produkty wziąć za darmo.

Gdyby obraz Dana Goldberga był mniej tendencyjny, czyli w tym przypadku PR-owski, a pokazywał inne aspekty pracy Kahn, albo jej samokrytycyzm, czy też poświęcenie anonimowych wolontariuszy, może byłby bardziej prawdziwy. Pozostaje jednak o tyle cenny, że sam program zero waste w ogóle opisuje i przedstawia, że o marnowaniu jedzenia mówi i o głodzie co nieco też napomina. Ratują go smaczki - delikatna ironia bohaterki, jej pewne fantazje (by nie rzec kaprysy) - jak malowanie wszystkiego na żółto i utożsamienia tego koloru z jej fundacją; jak korporacyjne procedury oglądane z boku, czy tez dyktowane PR-em firm zabiegi językowe polegające na łagodzeniu negatywnego przekazu it.d., czy epizodziki z nurkami śmietnikowymi z których pomocy Kahn korzysta, by kontrolować procedury firm. 

"Nie marnuj jedzenia" nie wybija się ponad film poprawny, nie obrażający nikogo, czy promocyjny właśnie - dobrze odrabia lekcję, ale nic więcej - plus za temat, za zdjęcia, za lokalizacje na kilku kontynentach (Afryka, Europa, Australia), czy za barwną bohaterkę. Minus - za brak inicjatywy reżysera. 

17:56, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »

Lifer -(czyt. [lajfer], dożywotnik) - skazany na dożywocie, ale też osoba całe życie pracująca w jednym zawodzie, w jednym miejscu pracy. Rick Kelly (po lewej) całe życie produkuje własnoręcznie gitary elektryczne i klasyczne. Jego specjalnością jest samodzielne poszukiwanie drewna, z którego wycina pudła rezonansowe, korpusy lub gryfy. Rick tnie gitary ze starych XIX-wiecznych stołów, zalanych piwem lad, czy ław ze zniszczonych kościołów. Sekretarką Ricka jest jego matka, która odbiera telefony i prowadzi księgowość. Ani Rick, ani prowadząca mu księgowość matka nie pracują na komputerach, są rzemieślnikami w starym stylu.

Asystentką, ale i pracowniczką jego sklepu (Carmene Street Guitars) jest Cindy Hulej, która prowadzi instagrama i sama tworzy też gitary, a także wypala na nich ilustracje zdobnicze.   

14:27, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 października 2018

"Agawa - Duch narodu" reż. Nicholas Kovacic, Matthew Riggieri

Piątek, 12.09.2018, godzina 9:30, Kinoteka - pierwszy film bo jedyny grany tak rano - otwiera de facto 34. Warszawski Festiwal Filmowy. Dokument o meksykańskich producentach mezcalu, alkoholu produkowanego z agawy, a także najbardziej znanej tequli - odmiany mezcalu produkowanej z niebieskiej agawy. Wydawałoby się, że do Ameryki alkohol przywieźli biali kolonizatorzy, ale nie, siurpryza,  mezcal był starszy, odkryto bowiem narzędzia służące do fermentacji agawy w wykopaliskach archeologicznych wiosek prekolumbijskih.

I co jeszcze? w zasadzie tyle, że człowiek może oglądać prace fabryczne, albo systematyczne etapy produkcyjne ukazujące pewien proces - jak w hipnozie. W filmie z drugiego końca świata, 28 lat wcześniej, Aki Kaurismaki w "Dziewczynie z fabryki zapałek" uczynił bohaterką prologu nie tylko tytułową dziewczyne, ale i fabrykę, która po prostu bezimiennie obrabiała bale drewna, cięła je na pasy, szatkowała i uzupeniła siarką.  Podobnie w "Hubie" Sasnala -artystę wizualnego urzekła moc fabryki i psychodeliczna tajemnica huty - do tego stopnia, że w zasadzie o niej sprawił swój film, praktycznie pozbawiony fabuły. "Agawie..." brakuje precyzji i zamysłu "Śmierci człowieka pracy" Glawoggera, ale trzeba przyznać, że jest rzeczowy w zakresie tematu, który sami sobie wyznaczyli twórcy filmów m.in. we wcześniejszych filmach o piwie i o winie ("Brewmore" i "Decanted"). "Agawa" traktuje też o problemie znanym na całym świecie - wyludnieniu wsi przez młode pokolenia i pozostawienie tradycyjnych form rolnictwa i produkcji w domenie stopniowo odchodzącej starszej generacji. Wyjątkiem przytaczanym przez "Agawę" jest historia o tym, że podczas, gdy w trakcie niekorzystnych zbiorów upadają fabryki mezcalu, drobne przedsiębiorstwa wykorzystujące czasami chałupnicze metody rzemieślnicze radzą sobie lepiej. Drobni wytwórcy, którzy i tak nie znają innego zawodu nie mają nic do stracenia - są w stanie zacisnąć pasa i przeczekać gorsze zbiory. Wielkie fabryki kierowane zyskiem - w momencie, gdy muszą dopłacać do interesu zamykają oddziały i do widzenia.  

Pierwszy film 34. WFF sprawia naturalnie niedosyt, ale taka też specyfika konkursu dokumentalnego, w którym odsiewu dokonują bardziej widzowie - na etapie wyboru filmu do obejrzenia - niż selekcjonerzy. 

 Kolejne pokazy:

pon. 15.10. godz. 21:00, Kinoteka 1

wt. 16.10. godz. 12:00, Kinoteka 1

śr. 17.10. godz. 19:00, Kinoteka 2   

01:38, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 października 2018

"A gdzie Bóg nie ma go. Poszedł zrobić biznes".

Recenzja ne jest wolna od spojlerów.

"Kler" Wojciecha Smarzowskiego składa się z trzech i pół historii o trzech księżach podlegających jednemu biskupowi. Wątki rozgrywane są symultaniczne, dotyczą celibatu, oskarżeń księży o pedofilię, a także kariery w Kościele i tuszowania grzechów Kościoła. Najcięższy z tematów, czyli oskarżenie o pedofilię jest też de facto hardcorowym przypadkiem złamania celibatu, zatraceniem się w grzechu - skoro zbawienie przepada z powodu masturbacji, czemu w grzechu nieczystości zrazu się nie zatracić? A co z ofiarami? Te albo same staną się katami, jak kolejne tury "kotów" w wojsku, czy "cweli" w więzieniach, albo jakoś sobie poradzą (lub nie). Każdy ksiądz ukazany jest  też przy inkasowaniu większej, czy mniejszej sumy pieniężnej, nie można więc mieć wątpliwości, że na jakimś etapie posługi powołanie duchowe zderza się z materią finansową. Ksiądz to zawód jak każdy inny. W obu tego słowach znaczeniu.

Smarzowski nie jest i nigdy nie był przesadnie subtelny, ale w każdym jego filmie pojawiały się motywy bardziej romantyczne - najmniej w "Drogówce", najwięcej w "Róży". W przypadku "Kleru" subtelność występuje w dwóch wątkach głównych (miłości księdza Trybusa do "kościelnej", a także przemianie księdza Kukuły), ale dojście do nich jest bardzo powolne. Po dość komiksowym prologu, w którym następuje prezentacja trójki głównych bohaterów w trakcie nocnej imprezy z piciem wódki i cytowaniem Biblii z pamięci można skonstatować prędzej, że wszyscy ukazani tu księża będą siebie warci - jeżdżą po pijaku, dokonują szafowania sakramentów (namaszczenia chorych i spowiedzi) pod wpływem alkoholu, a także załatwiają lub anulują usługi finansowe w cwaniacki sposób.

Państwo polskie ukazywane przez Smarzowskiego zazwyczaj wydaje się pustynią wartości i więzi, w której najbardziej cwani myślą, że rządzą, albo dobrze sobie radzą po to, by na końcu zostać ukaranym za swoją pychę przez jeszcze bardziej cwanych lub po prostu złośliwych. Pod tym względem można mówić o świecie hobbesowskim w którym wszyscy  są źli, a każdy walczy z każdym. Na tym pustkowiu, gdzie służba publiczna służy utrzymaniu samej siebie - ostatnia  ostoją dobrze uporządkowanych struktur wydawałby się Kościół, ale i ten - jak policja w "Drogówce" jest bardziej reliktem ostatniego przetasowania w hierarchii władzy niż żywym organizmem. 

Nie ma złudzeń - Smarzowski jest fatalistą i z czysto widzowskiego punktu widzenia oglądanie jego filmów jest psychoterapią pozbawioną katharsis, czyli taką, po której odechciewa się żyć; duchową odmianą eutanazji. Widz jest jak pacjent, który poznaje historię swojej choroby, ale zamiast dojrzeć do samoświadomości i poznana swoich błędów - utrzymany jest w stanie, że jego własne słabości są niczym w porównaniu ze złem świata. Stąd teza jest ryzykowna - lepiej pielęgnować własne grzechy, bo i tak są one słabsze niż grzechy świata? Nie każdy taką gorzką pigułkę przyjmie bez zastrzeżeń. Można więc przesłanie filmu rozpracować alternatywnie z tych momentów, kiedy Smarzowski rezygnuje z komizmu i uderza w najcięższe tony - wyznań ofiar księży pedofilów przed kamera video.

Tak jak wyrzucanie śmieci do lasu w "Drogówce" - tak tutaj pedofilia utrzymywana w zatajonej atmosferze kościelnej - ukazana jest w sposób typowy dla sygnalisty - t.j. - zjawisko takie występuje, więc reżyser je - z interwencyjną misją - ukazuje, trochę jak reportażysta, trochę jak Stendhal - gdzie powieść (film) jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu. Tak jak Julian Sorel w "'Czerwone i czarne" mota się we własnych sieciach i kopie się z koniem na końcu tracąc głowę, tak i tutaj każdy sygnalista ponosi klęskę. Żaden ksiądz-sprawca nie jest w filmie Smarzowskiego ukarany - jeden sygnalista za to z posługi rezygnuje, a inny (trzecioplanowy) po zwierzeniu się ze swoich duchowych problemów koledze - przy posłudze decyduje się zostać.

Może właśnie ten ostatni, wikary - postać żywcem wyjęta z filmów Zanussiego - najlepiej oddaje nastrój Smarzowskiego odnośnie religii jako takiej - jest ona kwestią duchową i indywidualną, a człowiek jest słaby, nawet gdy walczy. Jest więc Smarzowski takim Zanussim po ukąszeniu heglowskim - wiara człowieka nie może być już dziecięco naiwna, gdy zdaje on sobie sprawę z kuszącej retoryki zła, z walki klas i ze wspomnianej hobbesowskiej teorii walki każdego z każdym.

Wzruszająca scena "Kleru" to msza, w której ksiądz dokonuje wyznania przed swoimi wiernymi parafianami, choć nie jest to takie wyznanie, jakiego oni od niego oczekiwali. To właśni owo niespełnione katharsis - zaraz po nim następuje druga msza, może czarna msza, w której wszelkie grzechy Kościoła zostają  przykryte tacą, a ofiara dokonuje się nie na ołtarzu, ale wśród milczącego tłumu. 

14:22, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Obraz może zawierać: 1 osoba, pies

Doceniona tegoroczną Nagrodą Literacką m.st. Warszawy, nominowana i zaliczona do półfinału wrocławskiego Angelusa (z dalszymi szansami) powieść Jakuba Żulczyka to parząca cegła, którą w zeszłym roku przerzucano sobie z  rąk do rąk niczym w "Człowieku z marmuru". "Wzgórze..." ma cechy typowe dla debiutu niezależnej sztuki po 1989 roku - nieważne, czy mówimy o literaturze, teatrze, czy o filmie (bliskim twórcą byłby tu Przemysław Wojcieszek) - chce powiedzieć wszystko o wszystkim. Żulczyk ukazuje tu warmińsko-mazurskie jeszcze nie miasto i już nie wieś, gdzie diabeł mówi dobranoc, ale czyni to szeptem, w sposób na tyle powolny i - początkowo - dość intymny, że nie od początku wyczuwalny jest kryminalny gatunek powieści, która przez pierwszą ćwierć przypomina raczej społeczną.

Głównymi bohaterami są Mikołaj i Justyna - małżeństwo pisarza z warmińsko-mazurskiego i warszawskiej dziennikarki, które z powodu niewydolności finansowej grożącej utratą mieszkania kupionego na kredyt, decyduje się na wynajęcie go cudzoziemcom i powrót do rodzinnego miasta małżonka - do tak tu nazywanego Zyborka (chyba Malbork + cyborg).

Mikołaj i Justyna są parą po przejściach - on miał przeszłość związaną z używkami, ona zdradziła męża ze swoim redaktorem. Zasadniczym i często tu rozpamiętywanym bólem jest też utrata pierwszej dziewczyny Mikołaja, Darii jeszcze w roku 2000 - trauma, która dręczy Mikołaja przez kolejne kilkanaście lat. Mikołaj wydał w zasadzie tylko swój debiut, w którym przedstawił zresztą swój rodzinny Zybork. Później wyjechał, ale dopiero teraz, po powrocie zdaje sobie sprawę, że demony, które wywołał swoją powieścią wciąż żyją i dalej oddziałują na jego najbliższych - owdowiałego ojca i opuszczonego przez żonę brata. 

Ojciec Mikołaja to samotny kowboj, który broniąc racji syna - ukazanych w jego debiucie - opiera się lokalnej klice - pani burmistrz, Kaltowi - hersztowi mafii i wielu pomniejszym kombinatorom. Brat Mikołaja to życiowy przegryw - zadłużony po uszy, uzależniony od hazardu, zadzierający z niewłaściwymi ludźmi.

Żulczyk zarysowuje spektrum ludzkie z breughlowską finezją, powieść rozszerza się na dość wiele pól, od warszawskiego światka (z Mordorem, który jest tu nie wiedzieć czemu wilanowskim osiedlem mieszkaniowym, a nie biurową ulicą Domaniewską), przez ludzi lasu, bandytów żyjących z noża, targanych wątpliwościami księży, byłych pedofili, opuszczane kobiety, zdradzanych mężów, wychowujące się bez któregoś z rodziców dzieci, londyńskich emigrantów, scenę muzyczną z przełomu mileniów, przydrożne motele, zamkowe ruinki przejmowane przez bogaczy prowadzących podejrzane interesy, społeczność Romów, trzaskanie aut z Niemiec, detaliczny handel narkotykami (aluzja do "ślepnąc od świateł", poprzedniej książki Żulczyka, gdzie narratorem był diler).

Przy tak szerokim tematycznym rozjeździe prędzej czy później musi nastąpić zjazd - zawężenie tematyki powieści i to wypada dość niesatysfakcjonująco - jak wyjaśnienie zagadki śmierci Darii, czy przetrzymywanie porywanych ludzi w tajemniczych kanałach (aluzja do głośnego porwania syna biznesmena sprzed półtorej dekady) - trąci to naturalnie prozą gatunkową tak mocno, że zdaje się, że Żulczyk cytuje tu już nie klasyczny Twin Peaks, ale sam siebie - z pierwszego sezonu Belfra, też dziejącego się na Warmii i Mazurach (powieść powstawała mniej więcej w tym samym czasie). 

W efekcie ze "Wzgórza..." pozostają głównie językowe smaczki, kilka sucharów (głownie nabijanie się z U2), ciekawie zarysowana relacja ojca i synów, a także czytelnicza satysfakcja przeczytania cegły.

14:48, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 lipca 2018

kadr z epizodu "Złota Pagoda" z filmu Paula Schradera "Mishima" (1985).


Yukio Mishima - pisarz odświeżony nam ostatnio przez wznowioną przez PIW "Złotą pagodę" to jeden z najbardziej okrutnych twórców XX wieku, co daje mu zadatki na historyczne mistrzostwo. Japończyk, który był świadkiem militarnego, ale i historycznego upadku swojego kraju na skutek II Wojny Światowej, którą Japonia poniekąd sama na siebie sprowadziła - nigdy nie pogodził się z klęską swojego kraju, ale też nie do końca otrząsnął się z okrucieństwa, które w czasie wojny zobaczył. Odwrotnie niż w powojennych Niemczech, Włoszech, czy "przymusowych" sojusznikach z Europy Wschodniej (autokratycznej Bułgarii, Rumunii, czy Węgier) - nie poczuwał się po wojnie do wielkiego żalu za to, że żyje i za to, że jest Japończykiem - demilitaryzację Japonii uznał za polityczną i społeczną klęskę, której w przyszłości pragnął zaradzić dokonując prawicowego coup d' etat, próbując przejąć dowództwo nad bezczynną i praktycznie nieuzbrojoną japońską armią; coup d' etat, które okazało się całkowicie poronione - oprócz jego kilku wspólników zainteresowało głównie prasę - jako nieudany akt terroru.

Mishima, podobnie jak żonobójca, Géza Csásth (również wydany przez PIW, ale w 2016 roku) - był nie tylko pisarzem, ale... bandytą, osobą łamiącą prawo - i podobnie jak jego węgierski kolega uniknął penitencjarnej kary, bo wymierzył sobie inną sam - dokonując samobójstwa, zresztą w dniu nieudanego puczu. 

Można pokusić się o tezę, że Mishima był artystą totalnym, traktującym samobójstwo jak akt sztuki. Nie jest to motyw obcy kulturze - antyczny Herostrates spalił świątynię Artemidy - po to by zaistnieć - ale de facto był to czyn samobójczy, bo życia mu za niego raczej nie zaoszczędzono. Podobny motyw występuje w "Złotej pagodzie" - bo też i jest ona uwspółcześnionym mitem Herostratesa. Pagoda jest -dla jasności - ozdobnym przyświątynnym spichlerzem (widocznym na zdjęciu powyżej). W powieści, ale i w świecie Mishimy nie ma miejsca na buddyjski symbol, skoro młody mnich i kandydat na następcę opata dostrzega hipokryzję swojego mistrza, znikome oddziaływanie religii na duchowość społeczeństwa, czy inwazję barbarzyństwa. Mnich manewruje towarzysko między dwoma przyjaciółmi - niewinnym kolega z dzieciństwa i zepsutym, poznanym na studiach kulejącym koledze, który wykorzystuje swoją niepełnosprawność do czerpania korzyści seksualnych podrywając koleżanki rozbudowaną wersją metody "na litość" (w filmie ów kolega niepełnosprawność symuluje). Bohater Mishimy sam ma wadę - jąka się i skreśla go to samego przed sobą i w jego wyobraźni - przed potencjalnymi dziewczynami. Receptą na rozwiązanie jego prywatnych problemów - jest - prywatna walka duchowa i polityczna ze światem. Gdy świat ne przystaje do swoich własnych złożeń, zasługuje na zniszczenie.

Ze złota pagodą wiąże się dodatkowy motyw psychologiczny - ponieważ akcja powieści dzieje się na przedmieściach, a nie w centrum wielkiego miasta - życie towarzyskie koncentruje się na spacerach niedaleko zalesionej złotej pagody gdzie miejsce mają schadzki, podglądane akty seksualne, czy akty para-seksualne - jak próby stracenia dziewictwa. Za każdym razem do finalnego, spełnionego aktu seksualnego nie dochodzi - za co bohater obwinia religię, a w tym przypadku jej symbol, świecącą, błyszczącą, a przez to dekoncentrującą i jakoby wszechobecną złotą pagodę.

Akt bohatera - jakim jest rebelianckie, ale też chuligańskie podpalenie pagody - to cała rewolucja Mishimy - tak jak słomiana jest podpałka użyta do zapalenia pagody - nie inny jest zapał Mishimy do (kont)rewolucji. 

W innym opowiadaniu Mishimy, małżeńska para dokonuje wspólnego seppuku. 

16:40, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2018

Umberto Eco w swoim "Supermanie w kulturze masowej" analizował fenomen sentencji odwracalnej, którą można cytować zarówno w formie pierwotnej, jak i zanegowanej - przy zachowaniu zarówno jej aforystycznego charakteru, jak i sensu logicznego. Eco podawał wręcz przykłady pisarzy takich jak Pitigrilli, którzy potrafili napisać dwie powieści na identyczny temat - z tym, że jedną z teza, a drugą z antytezą. Przykład: Od przybytku głowa nie boli. Co za dużo to nie zdrowo.

Jest to oczywiście retoryka, czyli walka sił i argumentów, ale jest to też retoryka niepowiedzenia niczego, retoryka bez retoryki, punkt zero, gdzie nie jest się kwasem, ani zasadą, ani plusem, ani minusem, jest to Robert Musil i jego przekorny "Człowiek bez właściwości", który nie ma właściwości, bo nie pozwala ich sobie nadać. 

Michel Foucault jest autorem antytezy, że to nie ciało jet więzieniem duszy, ale... dusza jest więzieniem ciała. Trawestując kultowe otwarcie "Ubu Króla" Alfreda Jarry'ego potrafił na wstępie napisać że "rzecz dzieje się w Polsce, czyli wszędzie.

Idąc za wskazaną odwracalnością możemy mówić więc nie tylko o "Wahadle Foucaulta" Eco, ale o wahadle Eco Foucaulta, gdzie wahadłem Eco jest opisana przez niego zamienność tez, a Foucault jest przykładem. 

Foucault, autor licznych prac na temat form dokonywania opresji na jednostce przez społeczeństwo sam katował społeczeństwo swoimi licznymi esejami tak naszpikowanymi licznymi odwołaniami do literatury wysoce hermetycznej (Blanchot) lub wysoce ekstremalnej (de Sade, Bataille), wreszcie - wysoce szalonej (Raymond Roussel). W wywiadzie na temat tego ostatniego Foucault podkreśla fenomen i wielkość pisarza, po czym, gdy rozochocony dziennikarz porównuje twórcę "Locus solus" do Prousta, Foucault szydzi z niego niczym albatros z łucznika i tłumaczy, że owego podobieństwa nie ma. 

Jako że styl Roussela (1877-1933) nie jest zasadniczo przetłumaczalny na język polski, warto skoncentrować się na innym aspekcie zależności między Foucaultem a Rousselem.

Otóż Foucault na tezę, że nie należy oceniać prozy pisarza przez jego biografię podał antytezę - nie ma dzieła bez jego autora. By domknąć tę tezę - warto podać przykład aktualny - sam Foucault został przemielony przez włąsną maszynkę, w tym roku nominowana do Nike jest powieść reporterska "Foucault w Warszawie" - która analizuje fenomen Foucaulta przez pryzmat jego homoseksualizmu a koncentruje się na rocznym pobycie pisarza w PRL-u; pobyt skrócony przez tajne służby, które starały się skompromitować tezy pisarza kompromitując jego osobę - wyciąganymi rzekomymi skandalami homoseksualnymi, które dla Foucaulta wszak żadnym skandalami nie były - a w porównaniu z Bataillem, czy Sadem, o skandal nawet się nie ocierały - jak (Roussel nie ocierał się o Prousta).

Otóż sam Roussel krotochwilnie opowiadał w ilu to krajach nie był, na jakie podróże się nie zabierał, po czym puentował, że z żadnego z tych wyjazdów do swojej prozy nic nie przejął.

"Locus solus" Roussela opowiada o fikcyjnym odkrywcy i podróżniku, Cantarelu, a także o niesamowitym paru rozrywki, który on zaprojektował po to, by przypominał mu on o jego podróżach, spotkanych ludziach i związanych z nimi historiach. Narracja powieści jest pretekstowa - Cantarel przechadza się po swoim prywatnym parku i opowiada grupie gości, wśród których jest narrator o poszczególnych eksponatach. A te są na tyle wymyślne, że w zasadzie całe rozdziały powieści potrzebne są do tego, by je opisać - i tak ja doliczyłem się pięciu, a na dwóch, albo trzech ostatnich wymiękłem i czytałem już oczami bez udziału myśli (zdarza się tak Wam?).

Spośród wszystkich historii zebranych, a w zasadzie wymyślonych w "Locus solus" wymienię te pierwsze:

1. Federat - posążek dziecięcia z rośliną artemisia maritimia w dłoni, z Timbuktu (Mali, Sahara), królowa Dul-Serul, podróżnik ibn Battuta, echenoz.

2. potrójny relief związany z zasypanym przez burzę piaskową w XV w. bretońskim mieście Gloannic, a także z legendą armorykańską o tamtejszym królu Kerlaguezo - Koueermelenie.

3. baba do ubijania zębów w kształcie mozaiki z Gjortzem mającym w 1650 r. w Norwegii porwać Christel, małżonkę swego wasala, barona Skjeldempa - rękami rajtara Aaga. Aag schwytany i osadzony w jaskini czyta o Ulfrze, jej jedenastu braciach i polującej na nie makolągwie.

4. Ondyna, Piłat, Vyrlas aleksandryjski, Gilbert na minach Baalbelm, potrząsający nieparzystym sistrum oety Missira, karzeł Pizzighini, Atlas, Wolter i 5 miesięczny Wagner.  

 5. Przywrócone do życia rezurektyną i vitalium, odtwarzające w kółko ostatnie sceny z życia ożywione zwłoki, wśród których są: poeta Gerard Lauwerys, Mariadec Le Mao, aktor Lauze, Herbert Scellos (7 l.), rzeźbiarz Jezjech, Klaudiusz Le Calvez, piękność zza Kanału La Manche, Francois Charlez Cortez.

Gdyby Michael Crighton napisał książkę Roussela, z parkiem na pewno coś by się zadziało, wymknąłby się spod kontroli, albo obrócił przeciwko jego stwórcy; gdyby Locus solus stworzył Poe, park na pewno samounicestwiłby się, albo dostarczył gościom chwil grozy. Ale tak nie jest. Burza w "Dekameronie", która integruje słuchaczy i bajarzy, czy okrutny sułtan słuchający opowieści Szeheready to łączniki znacznie atrakcyjniejsze; nawet wielokrotnie krytykowane za ich idiotyzm szalone animacje Terry'ego Gilliama rozróżniające skecze Monty Pythona wydają się fabularnie atrakcyjniejsze niż zupełne nic, które oferuje czytelnikom Roussel. Poza przeskokami między opisami eksponatów, które same w sobie są dość dziwaczne, fascynujące do pewnego stopnia, bo później już nużące - w akcji "Locus...." nie dzieje się absolutnie nic. Jednak mimo tego, że narracja jest monotonna, bo nudniejszej nie wymyślono, a bohaterowie nie przeżywają żadnych przemian, bo nic o nich nie wiadomo, to jednak same opisywane historie są na tyle odjechane, że dla nich tylko warto przymknąć oko na trącący myszką pretekstowy łącznik jakim jest całe to Locus solus. 

To, co interesuje Foucaulta w autorze "Locus solus" to kwestia... jego języka. I tutaj się z Foucaultem nie zrozumiemy zupełnie, bo najbardziej znany utwór Roussela nie jest napisany szczególnie finezyjnie, a sam post-strukturalistyczny filozof opiera swoje refleksje głównie na jego innych drukach i zapiskach (u nas znanych jako m.in. "Wrażenia z Afryki" i "Słoneczny pył"). To jak Roussel zabawia się językiem francuskim pozostanie więc dla nas niestety zagadką, bo naszą przygodę z nim na "Locus solus" zaczynamy i kończymy.

Na zdjęciu Raymond Roussel.

"Locus solus" Raymonda Roussela 2017, PIW,

"Szaleństwo a literatura" Michela Foucaulta, 2009, Aletheia

18:53, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 czerwca 2018



Program: 

Wtorek 26.06. REJS 

18.00 –  „Xie Yaohuan”, 2017, reż. Ma Chongjie, 118 min 

20.15 – „Moja wojna” (My war),2016,  reż. Oxide Pang, 124 min 

  
Środa 27.06. KULTURA 

18.00 – „Kwiaty rozkwitają w samotności” (Falling Flowers), 2013, reż. Huo Jianqi, 122 min 

20.15 – „Latający dom spokojnej starości” (Full Circle), 2012, reż. Zhang Yang, 106 min 

  
Czwartek 28.06. KULTURA 

18.00 – „Xuan Zang”, 2016 , reż.  Huo Jianqi, 121 min 

20.15 – „Wolf Totem”, 2015, reż.  Jean-Jacques Annaud,  121 min 

  
Piątek 29.06. KULTURA 

18.00 – „Syrena” (The Mermaid), 2016, reż. Stephen Chow, 93 min 

20.15 – „Młodzieńczy styl” (Young Style), reż. 2013, Liu Jie, 92 min 

  
Sobota 30.06. KULTURA 
18.00 – „W pogoni za Jackie Chanem” (Kung Fu Master), 2009, reż. Fang Gangliang, Jiang Ping, 88 min 

20.15 – „Sekret kodu na nieśmiertelność” (The Secret of Immortal Code), 2018 reż. Li Wei, Zhang Nan, 88 min 

***

Wstęp wolny, bez wejściówek, aż do zapełnienia sal.

Ponieważ wiele o filmach sami nie wiemy, podlinkowaliśmy je na strony Filmwebu. Tam, gdzie się dało.  

c.d.n.

Źródło: KinoKultura link

15:34, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 czerwca 2018

Instytut Cervantesa

ul. Nowogrodzka 22

godz. 19:00

Dziś, 18.06.2018 i za tydzień, w poniedziałek 25.06.2018

Mario Vargas Llosa to pisarz w Polsce na tyle popularny, że nie ma sensu, żebyśmy go promowali, z naszej perspektywy większy sens byłby, gdyby to noblista z Peru nas promował, wtedy nieco nobilitacji i na nas by spłynęło, albo gdyby nastąpiło wzajemne promowanie, przysługa za przysługę, wtedy mazowieckość zaprzyjaźniłaby się z arequipajskością. Natomiast tak się stało, że sześć lat temu założyliśmy blog o darmowych wydarzeniach w Warszawie i o czymś co jakiś czas napisać powinniśmy - jak choćby o wydarzeniu, które de facto już sie zaczęło, a my jak zwykle, zorientowaliśmy się w trakcie. 

Adaptacje filmowe Llosy nie są tak powszechnie znane jak jego książki, stąd konkluzja, że splendor płynący z niego nie jest aż tak zaraźliwy, jak moglibyśmy chcieć. Niemniej jednak dla tych, którzy na przykład "Świeta kozła", czy "Miasta pśów" nie czytali, obejrzenie ich filmowych adaptacji w Instytucie Cervantesa zawsze jakąś namiastkę tych literackich dzieł odda. 

Dzisiejsze "Święto kozła" (2005) to dzieło dalszego krewnego pisarza, Luisa Llosy, który wzbogacił kinematografię swiatową wybitną, a kręconą w Brazylii "Anakondą" (1997) z Jennifer Lopez i Johnem Voightem, a także "Specjalistą" (1994) z Sylvestrem Stallonem i Sharon Stone, a także "Snajperem" (1994) z Tomem Berengerem - kręconymw  Panamie, wszytskie te filmy kojarzy każdy, kto miał telewizor na przełomie wieków, leciały srednio raz na pół roku w godzinie największej oglądalności. Co do dzisiejszego filmu, to gra w nim Steven Bauer z "Człowieka z blizną" i z "Breaking Bada", a także Isabella Rossellini i Tomas Millian, którego radzimy sobie wyguglać za młodu, bo przystojnym aktorem był. 

Opis "kozła" pozwoloimy sobie uszczknać z filmwebu, bo wydaje się rzeczowy:

Santo Domingo (Republika Dominikany) rok 1992 - Urania Cabral powraca w rodzinne strony. Ledwie rozpoznaje w pogrążonym w letargu łysym i bezzębnym starcu sewgo ojca, Agustína Cabrala zwanego "Mózgiem", niegdyś Przewodniczącego Senatu i prawą rękę dyktatora Trujillo. Ale to było zanim wiele lat temu Agustín Cabral popadł w niełaskę. Urania wspomina zdarzenia sprzed 30 lat, opowiadając je ciotce i kuzynkom, które nie rozumieją dlaczego przez tyle lat nie kontaktowała się z nimi ani ze swoim ojcem. W końcu Urania wyjawia im straszliwy sekret, który zmusił ją do opuszczenia domu i rodziny i zniszczył jej życie. "La fiesta del Chivo" to również historia ludzi, którzy oddali życie walcząc z jedną z najkrwawszych dyktatur w historii Ameryki Łacińskiej. Oba wątki przeplatają się w filmowym kalejdoskopie miłości, nienawiści, przemocy i śmierci. [Arantha]

Za tydzień szykujcie się zaś na "Miasto psów" (1985) z Peru w reżyserii Francisca J. Lombardiego (nie gra nikt znany). 

13:07, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 czerwca 2018

Ziemowit Szczerek jeździ po Europie Wschodniej. Dosłownie i w przenośni.

11:47, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 138
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Facebook
Filmy o prekariacie
Idea 4free
Knigi
Leniwiec
Precenzje 4free
Recenzje 4free z 2012 roku
Recenzje 4free z 2013 roku
Recenzje 4free z 2014 roku
Recenzje 4free z 2015 roku
Recenzje 4free z 2016 roku
Recenzje 4free z 2017 roku
Recenzje 4free z 2018 roku
Seriale
Teksty gościnne
Wystawy
Za darmo raz w tygodniu
Zawsze za darmo