Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Kategorie: Wszystkie | Kultura | Warszawa
RSS
czwartek, 25 sierpnia 2016

PRECENZJA*

"Teatr to gówno.

Teatr to gówno.

Teatr to gówno.

Teatr to gówno.

Teatr to gówno.

Pamiętaj jedno - teatr to gówno"

(Przemysław Wojcieszek, "Berlin Diaries")

cytat z pamięci

 

"Artyści" Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego - jeden z 10 najgłośniejszych seriali 2016 roku - jedyny polski serial na liście będzie traktował o teatrze - dziedzinie sztuki z której wywodzi się para artystów. Prawdopodobni kolejny serial lub sztuka duetu będzie traktować o serialu w Telewizji Polskiej.

*** 

Artyści sztuk wizualnych i reżyserzy teatralni mają dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia i to nawet bez specjalnego pochylania się nad nimi z wyrozumiałością, jeżeli już - to z respektem. Wiele awangardowych filmów czerpało z malarstwa, eksperymentalnych filmów surrealistycznych z lat 20., czy z eksperymentów performance lub teatralnych. Można powiedzieć, ze artyści teatralni i artyści sztuk wizualnych są pionierami sztuki, ale oczywiscie nie zawsze tak jest, bo marzenia nie zawsze zbiegają się z reczywistością. O czym będzie zapewne serial

Teatr to gówno. Teatr to gówno. Teatr to gówno. Teatr to gówno. Teatr to gówno. Pamiętaj jedno - teatr to gówno - mówił wszak Wojcieszek, sam znany z działalności teatralnej ("Made in Poland", "Dwoje Rumunów..."). Czy takie będa wnioski Demirskiego i Strzępki?

Dowiemy się na premierze 1 odcinka "Artystów" na zamknięcie Kina Leniego Jazdów w piątek 26.08.2016 o 21:30 (w parku między CSW a IT, między adresami Jazdów 2 i Jazdów 1). 

 Więcej o serialu: link (filmpolski)

TOP 10 seriali 2016 4free (stan na dziś):

Wznowienia:

1. "Bloodline", sezon 2 - serial jednej roli, jednego aktora - Ben Mendelsohn powraca jako Danny koszmar senny swojego brata (Kyle Chandler), który w przedostatnim odcinku 1 sezonu go zamordował, co nie przeszkadza mu starać się o posadę szeryfa. Aktor jest przedni (w "Królestwie zwierząt" grał centralny czarny charakter; w tym roku przejmie tę funkcję w spin-offie Star Wars, "Łotrze nr 1"), sam serial ma potencjał - w 1. sezonie niejednoznaczną, tajemniczą postać ojca braci grał Sam Shepard - kultowy aktor charakterystyczny,  USA jako wzięty dramaturg. W drugim pojawia się syn Danny'ego,a a także jego przyjaciel - sam John Leguizzamo! 

2. "Mr Robot" sezon 2 - póki co nieco senny, ale czekamy na dalsze wywrotki. Pierwszy sezon rozbił bank zdobywając Złoty Glob. Zasłużenie, jakkolwiek jest to wciąż serial psychodeliczny i cokolwiek alternatywny  nie można oczekiwać wobec niego zbyt łatwych rozwiązań.

3. "Fargo" sezon 3 (w oczekiwaniu) jako że drugi sezon rzadko kiedy zaskakuje bardziej ni pierwszy, mimo tego, że "Fargo" to antologia oddzielnych dzieł, a nie spójna fabuła - a może właśnie dlatego - 3 sezon w Ewanem MCGregorem to naczelny must see 2016.  

4. "Narcos" sezon 2 - w oczekiwaniu.

5. "Hell on wheels" sezon 5 i pół" - serial sam w sobie może nie jest najlepszy, by nie poweidzieć, ze jest raczej słaby, ale jest to istotny finał serialu westernowego o dość barwnej obsadzie i kilku zaskakujących wątkach; mimo wielu niedociągnięć (scenografia jest raczej skromna, scenariusz pełen kiczowatych wątków, główny bohater Bohannon bywa momentami zbyt sztampowy) - sama jego realizacja i dojście z fabułą aż do zaplanowanego końca (w odróżnieniu od innego, urwanego westernu "Deadwood") jest sporym osiągnięciem 

Debiuty:

6. "Vinyl".

7. "Night manager" Suzanne Bier nakręciła serial political fiction z Tomem Hiddlestonem i Hugh Laurie. Mieliśmy o nim pisać, pożyjemy, zobaczymy.

8. "Crisis in six scenes" (w oczekiwaniu) - serial Woody'ego Allena dla Amazona. zobaczymy co z niego wyjdzie. 

9. "Artyści" Strzępki i Demirskiego (w oczekiwaniu).

10. "Taboo" (w oczekiwaniu) - Tom Hardy w tym roku występuje tylko w jednej produkcji. Serial historyczno-fantastyczny o awanturniku przełomu XVIII i XIX wieku 

Pominąłem "GoT" i "HoC", bo mimo niezawodnego Ivana Rheona i pomysłowej recepty na rozdział Kościoła od państwa w pierwszym, a także Joela Kinnamana jako Republikanina w drugim - seriale nie przeszły same siebie, a i naszego rankingu nie potrzebują. 

***

*Artykuł jest precenzją - pre-recenzją, pisaną przed obejrzeniem.

15:12, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 sierpnia 2016

Do końca roku męczę Tołstoja, Sołżenicyna, Prousta, Biblię, Reymonta, Siegfrieda Kracauera i Cortazara. To lista żenująco podstawowych książek, których nigdy nie przeczytałem, ale w 2014 roku miała dziesięć pozycji więcej, więc przynajmniej się skraca w dynamicznym tempie. 

Książkę "Teoria Filmu" miałem skończyć w okolicach lipca. Przewidziany w 2014 roku program 17+ zakładał przeczytanie 17 najważniejszych książek w historii ludzkości do końca życia. Program 13+ zaktualizowany do stycznia 2016 (dzięki przeczytaniu Miltona, Dos Passosa, Wassilija Grossmana i "Doktora Faustusa" i skróceniu listy o cztery pozycje) zakładał lekturę wszystkich tych książek do końca... roku; po to, by nadać procesowi czytelniczemu nieco filmowej dynamiki. Utworzyłem kilkanaście karteczek przypominających mi o pozostałych książkach, malejącym czasie i marnującym się przez to życiu. Karteczki zostały rozdystrybuowane w różnych przestrzeniach domu lub służyły jako zakładki - celem natykania się na nie w sytuacjach nieprzewidywanych i wywierania intelektualnej presji w momentach losowych. Terror "trzynastaka" wywarł dość silną presję na pozostałe sfery życia. Zminimalizował romanse, pozostającemu w rachitycznej formie życiu zawodowemu nadał usprawiedliwienie ukąszenia Mannowskiego / Reymontowskiego / Tołstojowskiego. Po zakończeniu współpracy z Llosą, Miłoszem i Stendhalem uzyskano esencję, czyli program 10+, którego złowieszcza wykładnia polegała na tym, że dziesięć odnosi się nie tylko do dziesięciu książek, ale do dziesięciu tysięcy stron do przeczytania w 200 dni. Tak powstał program 10.000+, który uzyskał nazwę w okolicach czerwca (200 dni do końca roku). Dzięki wdrożeniu tego systemu z listy lektur jeszcze do końca czerwca wypadł Dante, Perec i Mann, by finalnie, po szwedzkim epizodzie służącym pozyskaniu większej ilości funduszy przeznaczonych na kupienie sobie czasu na wykończenie listy do końca roku bez potrzeby przepracowywania się w innych sferach życia- mamy 22 sierpnia, ale listę siedmiu wspaniałych niemalże zamrożoną. 50 stron dziennie do końca roku to już marzenie. Obecnie przeliczenie wynosi około 56 stron dziennie, ale ułamek rośnie niczym dług publiczny. 

***
Kracauer opisuje film na tyle pasjonująco, że lektura dziesiątek stron jest dzielona na dni. Każda dziesiątka stron jest wykreślany systematycznie na specjalnie do tego celu zaprojektowanej tabelce. A w zasadzie na pięciu lub sześciu różnych tabelkach na różnych karteczkach. Obecnie sześć kratek jednoznacznie wskazuje na to, że z Kracauerem przygoda ulegnie procesowi zakończenia w sposób szybki. 


Gorzej z Reymontem - do tej pory nie przeczytanym od czasów liceum. Reymont to zły człowiek, antysemita i pisarz na wskroś niewspółczesny (czytaliście o nim artykuły w ostatnim szesnastoleciu zwanym XXI wiekiem? Ja nie). Ale tak można o nim mówić, by usprawiedliwić swoją ignorancję, a przeczytać trzeba, by mieć mniej więcej tyle samo wiedzy, co przeciętna nastolatka. Powiedzmy - nieprzeciętna.  
Co do Cortzazara - problem jest większy - to lektura żenująca już z samej nazwy i z faktu, że liceum to ewidentnie najpóźniejszy czas, kiedy powinno się go czytać. 
Nudy wskazanych książek nie ubarwia Biblia, ani Tołstoj.
Na pocieszenie po Kracauerze zostanie więc tak naprawdę Proust z Boyowskimi "dudkami", "kokotami" i "wytryskiem rozkoszy" + Sołżenicyn, który doj*bie czasem nierozmrożoną, reliktową rybą z lodowca zjedzoną prosto po wyjęciu jej z dziesięciotysiącletniego przechowania. 

Wspaniała siódemka to więc koszmarna siódemka, nienawistna siódemka, ale już za 60 stron, na pocieszenie zostanie z niej tylko szóstka. 
Relacja z literackiego pola bitwy będzie wznowiona po dalszych (nie)powodzeniach.

A piszę o tym, gdyby kto pytał. 

***
A co do darmowych wydarzeń w Warszawie, myślę, że sobie jakoś radzicie beze mnie.  

23:31, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lipca 2016

"Do widzenia" (Güle güle)

Tureckie Kino Kępa: „Do Widzenia”

11.07.2016 (poniedziałek) godz. :19:00

reż. Zeki Ökten, 1999, 108min

Pełna humoru i wzruszeń historia piątki przyjaciół (czterech mężczyzn i jednej kobiety), którzy prowadzą skromne życie na tureckiej wyspie Bozcaada. Pewnego dnia okazuje się, że Galip, od lat platonicznie zakochany w mieszkającej na Kubie Rosie, choruje na raka. Przyjaciele, postanawiają, że zrobią wszystko, aby umożliwić Galipowi spotkanie z ukochaną. Niestety, mimo wielu poświęceń,  zdobycie środków na ten cel okazuje się niezwykle trudnym zadaniem. Wówczas grupa przyjaciół decyduje się zrealizować pewien karkołomny pomysł
/wstęp wolny/

Partnerem cyklu Tureckie Kino Kępa jest Instytut Yunus Emre w Warszawie.

 Źródło tekstu i zdjęcia: link

14:25, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 czerwca 2016

Zdjęcia naszego letniego praktykanta zrobione w trakcie wernisażu wystawy "Prze - tworzenie" Joanny Mląckiej w Galerii XXI 28.06.2016. Wystawa jest do obejrzenia wraz z "Ze wnętrzem. Widokiem w płynie" Justyny Kabali.  

Obie wystawy potrwają do 22.07.2016 roku 

Wstęp wolny. Galeria XXI. Aleja Jana Pawła II 36, 00-141 Warszawa, Polska

01:44, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 czerwca 2016

Latem w Warszawie jest do dyspozycji kilkadziesiąt plenerowych kin wyświetlających filmy zupełnie za darmo, pod gołym niebem. Leniwiec, nasz wakacyjny stażysta codziennie będzie coś dla Was polecał. Zaczynamy od dzisiaj. Na tym blogu. Dziś - film "Zurbanizowani".

1. "Zurbanizowani". Kino "Pawilon",  w okolicach dawnego SEZAMU, obok wschodniego wyjścia ze stacji M2 metro Świętokrzyska.  Start o 21:00

Dokument ten jest finałową częścią trylogii o designie. Bohaterami będą architekci: Sir Norman Foster, Rem Koolhaas, Jan Gehl, Oscar Niemeyer, Amanda Burden, Enrique Peñalosa, Yung Ho Chang, Alejandro Aravena, Eduardo Paes, Rahul Mehrotra, Ellen Dunham-Jones, Ricky Burdett, James Corner, Michael Sorkin, Bruce Katz, Candy Chang, Edgar Pieterse.

Opis leniwca: Kto ceni broszury i książki Fundacji Bęc Zmiana!, przeżyje orgazm. 

Kolejne filmy leniwiec będzie dodawał na bieżąco, codziennie o 14:00. Śledźcie, lajkujcie na Facebooku, subskrybujcie kanał na YT, wykopujcie

13:38, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 czerwca 2016

"Córki dancingu" - to jeden z najoryginalniejszych filmów polskich ostatnich lat. Razem z "Baby Bump" otwierają nowy rozdział polskiego kina fantastycznego. "Córki..." to retro musical psychodeliczny, luźno korzystający z legendy o (warszawskiej) syrence. Piękne, młode ale krwiożercze syreny pojawiają się w PRL. Nauczyły się polskiego w plaży na Złotych Piaskach. Zatrudnione w dancingu, stają się żywymi maskotkami uatrakcyjniającymi koncert muzycznego tria. W syrenach rodzą się na raz kobiety, obywatelki i morderczynie. Ich natura walczy nie tylko z budzącymi się w nich emocjami, ale i z PRL-owską rzeczywistością.   

Ballady i Romanse napisały do filmu ścieżkę dźwiękową, korzystając m.in. z weselnego szlagieru Andrzeja Zauchy, "Byłaś serca biciem". Dziś zaprezentują ją na żywo - na Placu Defilad, o godzinie 21:30

Tak zapraszają organizatorzy:

Zapraszamy na jedyny taki dancing na Placu Defilad! Materiał z wydanej w pod koniec kwietnia płyty pt. „Córki Dancingu” zagrają siostry Barbara i Zuzanna Wrońskie, czyli Ballady i Romanse.

Organizator: Cafe Kulturalna w ramach cyklu wydarzeń „Kulturalna na Placu Defilad" 
Naszym partnerem w organizacji wydarzenia jest Jameson Irish Whiskey. 

WSTĘP WOLNY!

LINK

12:49, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 czerwca 2016

Szekspir w telewizji. Część III. „Koriolan”, czyli „Wire”

Żyć z noża czy z obligacji?

***

„Wire” odniosę do „Koriolana”, tragedii Szekspira o generale służącym dwóm ze sztandarowych haseł: ojczyźnie i honorowi. Ale nie jednocześnie. Koriolan nie chce, by jego wysiłek podjęty dla ojczyzny poprzez walkę z jej wrogiem został przywłaszczony przez polityków. Woli zawrzeć kontrakt z wrogiem po to, by wywalczyć własne prawa i zasady. Dla dobra kraju. I własnego.

O tym też opowiada z grubsza każdy sezon „Wire”. To serial o zginaniu lub niezginaniu karku. Wszelkie konflikty, jakie rozstrzygały się w dramacie i jakie doprowadzały szekspirowskiego bohatera do zguby wynikały z różnic definicyjnych. „Koriolan” był wszak oddanym dowódcą Rzymu, którego jednak buta poniosła. Nie chciał on dać się spacyfikować trybunom ludowym, nie chciał też podporządkowywać się dowódcom i rozkazom, ale chciał służyć krajowi tak, jak sam to widział.

„Wire” jest serialem o przekraczaniu. Wąska linia oddziela dobro od zła. Zasady, jakim rządzi się afroamerykańskie getto Baltimore oparte są na zasadach lojalności, posłuszeństwu przełożonym i kolegom w gangu, a także na bezwzględnym zakazie kontaktu z policją. Tak samo jest zresztą po drugiej stronie. W „Wire” w każdym sezonie kto inny jest tytułowym kablem, przewodem, łącznikiem. 

W pierwszym sezonie „Wire” Koriolanów jest kilku. W środowisku ulicznych dilerów każdy, kto zadaje się z policją jest zdrajcą i musi zginąć. Ale co innego – walczyć z mafią, ale bez wsparcia policji. Takim samotnym buntownikiem jest tu ulubiona przez internautów postać – Omar Little (Michael Kenneth Williams). Homoerotyczny Robin Hood, w dodatku złodziej okradający dilerów, czyli poniekąd innych złodziei. Omar był kiedyś zapewne dilerem, ale będąc oszukanym – postanowił działać na własną rękę. Jego przeszłość jest nieznana, a to, co widzimy, to jego niezależność. Nawet homoseksualista w tym brutalnym świecie darzony jest respektem, bo mimo, że okrada „swoich”, czyli czarnych, nie sprzymierza się z policją. Walczy z systemem mafijnym wewnątrz samego systemu mafii, na swoich zasadach. Zdradził kolegów, ale jest człowiekiem honoru. Jak Koriolan.

Po stronie policji takim Koriolanem jest McNulty (Dominic West) – policjant, który nie zawaha się przed doniesieniem na własnego szefa do sędziego, czy prokuratora, albo samego burmistrza, byleby wywrzeć na nich jakąś reakcję – McNulty nie chce awansów – on chce być prawym policjantem – a żeby nim być musi być złym kolegą; trochę jak Serpico, ale z mniejszą skutecznością.

W pierwszym sezonie „Wire” honorowym zdrajcą jest też młody chłopaczek, Wallace (Michael B. Jordan), który najpierw odchodzi od współpracy z mafią, a później decyduje się na zeznawanie przeciw niej. 

W drugim sezonie „Wire” łącznikiem między przesiąkniętym korupcją światem dokerów, a światem honoru jest Polak, Sobotka. 

Oryginalny Koriolan, by krajowi dobrze się wiodło, postanawia opuścić „Rzym” sprzymierzając się z serdecznym wrogiem. Wyjeżdża. Przekracza granicę kraju, ale też dobra i zła po to, by zachować twarz. Tutaj Koriolan, to Polak – jest na obczyźnie, w USA, choć obczyzna to dla niego dom z dziada pradziada, praktycznie więc jest to jego kraj. Nieprzypadkowo – to chyba świadomy zabieg scenarzysty, a nie zbieg okoliczności – z polskim wątkiem wiążą się w „Wire” dwie skrajne siły – związki zawodowe pracowników portowych („Solidarność”!!!) i służby mundurowe - w tym przypadku policjanci ze sk**synowatym Walczakiem (generał J.?!!!). Stoczniowcy i służby mundurowe walczą o budowę... kapliczki w kościele, a symbolicznie o władzę i o dusze ludzi za pomocą Kościoła... W przypadku „Wire” utracony jest też Rzym, a w zasadzie jego dzielnica zwana Watykanem; tutaj symbolizowanym przez ołtarzyk w kościele, który chcą zafundować dokerzy (czytaj stoczniowcy) i policjanci (czytaj milicjanci) na raz. Rola ta sprowadza się do sporu Sobotki i Walczaka o to, kto ma pierwszeństwo w opłacaniu katolickiego Kościoła. Sobotka początkowo przedstawiony jest w opozycji do policjanta - starając się trzymać od policji z daleka, ale z czasem, gdy odkryje brudne interesy swoich partnerów, z "Grekiem" na czele ("Grek" tuszuje zbrodnię dokonaną na nielegalnych emigrantkach; woli załatwić sprawę po swojemu), tolerancja Sobotki pęka. Zacznie na wspólników donosić swoim dotychczasowym wrogom. 

Koriolan jest wrogiem własnego wizerunku - chce być honorowy, dumny. A jednocześnie zdradza. Tak samo czyni Sobotka. 

Koriolan przekracza granicę zdrady i musi ponieść za to karę, albo ze strony tych od których odszedł, albo ze strony tych, do których doszedł. Różnica między Rzymem i barbarzyńcami jest przekładalna. Sobotka pozostając człowiekiem honoru, przegrywa walkę o Rzym (kapliczkę, Kościół, Watykan), ale i swoje życie. 

W trzecim sezonie – jest dużo niedopowiedzeń, z których wynika, że gotową do policyjnych zeznań jest centralna, negatywna postać całego serialu – Stringer Bell, "String" (Idris Elba). Czy za cenę odejścia z branży decyduje się zdradzić kolegów? Tego nie wiemy do końca  – nie wiadomo bowiem, czy wspominana przez policjantów deklaracja lojalności nie jest fałszywką (prawdopodobnie jest). Stringer tak, czy inaczej chce jednak wyjść z branży narkotykowej do "czystego" biznesu i wyprawszy brudne pieniądze zarabiać jako przedsiębiorca, a może nawet - gdyby udałoby mu się dogadać ze skorumpowanym senatorem - w polityce. Po rozmowie z przyjacielem - szefem, okazuje się, że ten widzi ich branżę jako nieoczyszczalne, jednoznaczne zło, ale dobry biznes; nie daje koledze żadnego innego wyjścia. String próbuje gdybać, lawirować, postępować zgodnie ze swoim stylem, za co spotyka go kara.

Łącznikiem między światem honoru, a światem polityki jest tu komendant "Bunny" (Robert Wisdom), który w wyznaczonym przez siebie dystrykcie legalizuje sprzedaż, posiadanie i zażywanie narkotyków (sic!)– nie tylko po to, by zmniejszyć statystyki, ale też po to, by zobaczyć, w jaki sposób wpłynie to na inną przestępczość – zabójstwa, kradzieże, gwałty, etc. ... i z niemałym zaskoczeniem odkrywa, że obniży to owe statystyki w sposób znaczny!

Bunny jak Koriolan przekracza więc granice moralne na własnych zasadach i... to go gubi. Paradoksalnie jednak Bunny zachowuje twarz - postępuje zgodnie z sumieniem - pozwaljąc na mniejze zło ogranicza większe, a o to chodzi w narzucanej mu, ale mimowolnie przyjętej  "grze statystyk". Bunny zmniejsza statystyki, ale odchodzi od prawa. Przy okazji okazuje się też, że morderstwa dokonywały się i tak, ale oderwane od przyczyny, same dla siebie, a metody zbrodni nawet zostały polepszone (ciał ofiar pozbyto się w bardziej staranny sposób, dlatego w jednym roku statystyki były male, ale po wykryciu ciał - wróciły do normy). 

„Koriolan” opowiadał o tym, jak człowiek postępuje wbrew własnemu krajowi po to, by ratować uniwersalne wartości. Niewolny od ambicji i próżności, jest jednak w największej mierze człowiekiem honoru; niewolnikiem honoru. Honoru którego nie posiadają jego przyjaciele, a – paradoksalnie – posiadają go... wrogowie.

W czwartym sezonie Koriolanem walczącym o lepsze są: nauczyciel Pryzbylewski "Prezbo" (Jim True-Frost) i ten sam komisarz, który wcześniej legalizował narkotyki, Bunny. Tutaj odchodzą oni od równych reguł szkolnych po to, by umożliwić szansę na rozwój tym którzy byliby go stanowczo pozbawieni. Nie można ani o "Prezbo", ani o komisarzu powiedzieć, by kierowali się czym innym niż walką o lepszą przyszłość dla swoich podopiecznych , a jednak ich (zwłaszcza Bunnyego) postępowanie nie spotyka się z akceptacją przełożonych. Ich zdaniem idealiści odeszli od odgórnych zasad. Tymczasem Prezbo i Bunny uważają się właśnie za ludzi zasad. Zasad, które sami stworzyli. Jak Koriolan.

Wreszcie w sezonie 5 – poświęconym w dużej mierze prasie – starszy, doświadczony, powolny dziennikarz (Clark Johnson) sprzeciwia się młodemu japiszonowi (Tom McCarthy), który chce robić karierę tempem ekspresowym - zmyślając newsy.

Walcząc o dziennikarskie standardy, stary wyga sam traci pracę, poniekąd samemu z niej odchodząc, a jednak nie zgina karku – jak Koriolan, który mówi swoim: wy mnie wyrzucacie? Nie, to ja odchodzę. Moralnie wygrywa, ale jego metoda odchodzi do przeszłości.

Trzy ostatnie sezony „Wire”, traktują też o polityce, w związku z pojawiającą się postacią Tony’ego Carcettiego (Aidan Gillen), prawnika startującego najpierw w wyborach o tytuł majora (czyli burmistrza) Baltimore, na końcu – o fotel gubernatora.

Dążenia Carcettiego wydają się dosyć przejrzyste. Chce on oczyścić miasto z korupcji, wywrócić bezład polegający na manipulowaniu statystykami przez tych samych, dobrze obstawionych ludzi. Tymczasem nie jest to możliwe - trzeba być posłusznym gubernatorowi, który domaga się "statystyk". Carcetti zaciska zęby, poprawia statystyki na papierze po to, by przeczekać ten etap w swoim życiu, a później.... wystartować w wyborach na gubernatora! Czy traci swój idealizm po to, by później powrócić do swoich zasad, już z silniejszej pozycji, skuteczniej? Znów gra na swoich zasadach łamiąc solidarność z egoistycznymi, skorumpowanymi poprzednikami. A może staje się jednym z nich? 

Zamknięciem koriolanowskiego wątku jest motyw końcowy McNulty;ego – który w ostatnim sezonie powraca w roli głównej, wcześniej nieco odsunięty na bok. Tutaj McNulty znowu nadużywa swoich przywilejów i wykracza poza standardy policyjne po to, by umożliwić w ogóle zbiurokratyzowanej policji pozyskanie środków na walkę z przestępczością. McNulty wymyśla fikcyjnego seryjnego mordercę, a pieniądze przeznaczone przez miasto na nadgodziny dla policjantów i oddziały przyznawane mu przez burmistrza (już Carcettiego), przeznacza na zaległą walkę z narkotykowymi bossami i żołnierzami mafii. Skutecznie. Niestety afera wychodzi na jaw...

Z dodatkowych ciekawostek warto napomknąć, że "Wire" narodziło gwiazdy. Idris Elba to Luther, ale i kandydat na nowego Bonda, M.K. Williams znany był później jako Chulky w "Boardwalk Empire", Dominic West - rozbił bank nagrodzonym workiem Złotych Globów 1. sezonem "Affair". Aidan Gillen to przyszły Littlefinger, drugi po Tyrionie ulubieniec publiki z "Gry o tron". To nie koniec - Tom McCarthy, grający w "Wire" w wątku o dziennikarzach, został tegorocznym laureatem Oscara za scenariusz "Spotlight" własnej reżyserii (Oscar główny, ale nagroda poszła dla producenta) o dziennikarzach-idealistach rozpracowujących nadużycia Kościoła katolickiego w Bostonie. 

01:30, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 czerwca 2016

Pierwszy sezon „Vinyla”, zakończony jeszcze przed szóstym sezonem „Gry o Tron”, zniknął trochę w jej cieniu. Warto jednak wrócić do tego o czym on opowiada. Pośród tegorocznych serialowych "debiutów" jak na razie nie ma on sobie równych.

„Vinyl” to osadzony w latach 70. serial o samych ... latach 70. O ich muzyce, o rynku muzycznym, o producentach i znanych, prawdziwych muzykach, jacy w tym czasie wypływali. Wszystko to, co docierało do nas z Ameryki w tej dekadzie to (poza filmami) właśnie muzyka, a także specyficzny styl ubierania się i czesania, spodnie dzwony, kolorowe koszule, niesforne fryzury. To wszystko w serialu jest. Ale to tylko moda, nic więcej. Trochę tak, jakby twórcy "Vinyla" zapomnieli, że 70. to znacznie więcej... Traktować ten ciekawy czas w ten sposób to tak, jakby cenić Biblię za idealnie cienki papier do robienia skrętów. 

Samemu będąc z dekady późniejszej nie mogę mówić, bym wspominał te lata z sentymentem, czy nostalgią, bo nie mogę wspominać ich w ogóle. Jednak, gdy oceniam same filmy hollywoodzkie z tamtych lat, stwierdzam, że właśnie przełom lat 60. i 70. to jedyny okres, który mnie w kinie tak naprawdę interesuje – jako okres właśnie.  Ponadczasowe filmy z lat poprzednich – o ile właśnie dlatego dobre, że ponadczasowe, wybijały się pomimo swoich czasów – tak te z lat 70. - właśnie dzięki nim.

Dlaczego? Zanim napiszę o "odrodzeniu" kina w latach 70. – muszę powiedzieć o jego śmierci, a skoro o jego śmierci – o wcześniejszym życiu.

Kino amerykańskie miało się wbrew pozorom całkiem dobrze w latach 40. kiedy to święciło tryumfy kino noir, które w dość poważny sposób opisywało rzeczywistość. Podobnie seria powojennych dramatów zaangażowanych społecznie, pokroju filmu o alkoholizmie: "Stracony weekend", czy powojennych "Najlepszych lat naszego życia". Zupełnie nieznośnym jednak był kodeks Hayse'a*, który choć działał wcześniej, to zaczął się odbijać na jakości filmów dopiero po dość dłuższym okresie, spowodowanym w dużej mierze przestojem i wyczerpaniem się sposobów jego omijania w granicach prawa.

Uściślijmy. Kodek Hayse'a miał bezpośrednie przełożenie na jakość filmów hollywoodzkich i nie ulega to żadnej wątpliwości, ale przez jakiś czas filmowcy jakoś sobie nie tyle z nim, co ze swoimi filmami radzili. Dopiero po dwudziestu latach nastąpiło zmęczenie i kryzys, w związku z którym od początku lat 50. do drugiej połowy lat 60. dobrych amerykańskich filmów było stosunkowo niewiele – na tle wcześniejszych i późniejszych lat, a filmy wybitne z tego czasu można policzyć na palcach dwóch rąk, a może i ręki jednej: "Dwunastu gniewnych ludzi" Lumeta, filmy Kubricka, niektóre Hitchcocka, czy Billy'ego Wildera.

Europa w tym czasie prześcigała Amerykę, to Brytyjczycy wymyślili Bonda – niepoprawnego politycznie, łajdackiego, hedonistycznego bohatera, który cynicznie i niepoprawnie politycznie traktował kobiety, gejów, a bywało i, że obcokrajowców; zabijał w służbie swojemu krajowi, w dodatku wiódł życie playboya, zmieniał kobiety, kraje, drinki i samochody. Uosabiał amerykański tryb życia – ale jako agent brytyjski dbał o pozory manier i traktował swoją pracę serio.

Bond – będący brytyjską parodią Amerykanina był zarazem prototypem bohatera kina akcji, jak i kina bezrefleksyjnego, ale jakże satysfakcjonującego masy.

I nagle buch! – koniec lat 60. "Swobodny jeździec", "Nocny Jeździec" i "Absolwent" - filmy łamiące obyczajowe normy, ukazujące ludzi zagonionych w swojej normie i przełamujących samych siebie. Kolejne filmy takie jak "Narkomani" Schatzberga ukazujące tytułowy problem społeczny od jednej strony a "Francuski łącznik" – od drugiej, podobnie "Serpico" prawiący o korupcji policji, "Sieć" i "Pieskie popołudnie" o korupcji mediów, a "Rozmowa" i "Wszyscy ludzie prezydenta" – o korupcji polityki.

Wszystkie oscarowe filmy z tej dekady to praktycznie niepowtarzalne perełki. Ojcowie chrzestni, „Francuski łącznik”, „Annie Hall”, „Łowca jeleni”, "Rocky", „Lot nad kukułczym gniazdem” - nie ma w tym szeregu filmu średniego, czy przestarzałego, to po prostu klasyki. Nawet w filmach mniej spektakularnych takich jak „Strach na wróble”, „Narkomani”, czy „Serpico” (wszystkie z Alem Pacino) – czuć było zaangażowanie społeczne, bohaterów nieszablonowych, aktorów wcale nie modeli, ale wyglądających na zwykłych ludzi (Jack Nicholson, Dustin Hoffman, Gene Hackman, Al Pacino i Robert De Niro to – moim zdaniem piątka najlepszych aktorów w ogóle – wszyscy wypłynęli na przełomie poprzedniej i na początku tej dekady. Ich filmy zaczęły nie tylko przechodzić z marszu do klasyki kina, ale stały się filmami kultowymi, wielokrotnie oglądanymi, cieszącymi oko i ucho, nie z powodu eskapizmu, przestarzałej metody uszczęśliwiania widowni nieszczęsnymi musicalami, ale pokazywania im sytuacji ekstremalnych, ale też tych z ich własnego życia.

Co do estetyki, czyli buntowniczej formy lat 70, to jej istota wynikała z zerwania z manieryzmem. Przemiany obyczajowe, które dopiero co zaszły w Ameryce, inspiracja Nową Falą i neorealizmem włoskim, a także kinem psychologicznym Bergmana, czy Bunuela to główne przyczyny odrodzenia kina USA. Kino po zapadnięciu się w sobie i ściganiu własnego ogona w nieznośnych musicalach lat 60. powróciło do drogi eksperymentu i oddziaływania społecznego – nieskrępowane już kodeksem Hayse'a. Otwarcie "Maratończyka" to celna diagnoza zmęczenia wieczną wojną - reakcja także na Wietnam, który powracać będzie w wielu filmach, przez "Taksówkarza" (Travis to weteran z misji na Półwyspie Azji Południowo-Wschodniej), "Oswobodzenie" (wyprawa rzeczna to aluzja do Wietnamu) aż po opus magnum lat 70., czyli "Czas Apokalipsy" z kultową muzyką Doorsów.

"Ulice nędzy", czy"Ojciec chrzestny" niezależnie od siebie prawiły o przestępczości, ale i o upadku człowieka, czy to wśród nizin społecznych i ludzi pozbawionych perspektyw, czy u szczytu bogactwa i władzy. Filmy te opisywały rzeczywistość, na zmianę dodawały jej majestatu i turpizmu.

Kino musi jednocześnie pokazywać rzeczywistość, jak i lekko ją odmieniać. Możliwe, że zbyt poważna, depresyjna tematyka filmów lat 70. spowodowała odwrót w stronę kina Nowej Przygody, eskapistycznego, ale za to pełnego akcji, przygód i nie tak znowu głupiego scenariusza, czy nudnych bohaterów; przy całym sceptycyzmie wobec "Szczęk" i "Gwiezdnych wojen" nie sposób odmówić bohaterom skomplikowanych - jak na kino akcji tożsamości, czy prymatu inteligencji i siły woli nad szczęściem, czy fizycznymi cechami. Ta psychologiczna siła pojedynku człowieka z rekinem, czy zmaganie się Luke'a z własnym ojcem – to tonacja, którą kino rozrywkowe zawdzięcza podwyższonym standardom kina lat 70.

Dzisiaj w "Transformersach", "Szybkich i wściekłych", czy w "Niezniszczalnych" Stallone'a nie może być mowy o gdybaniach robota nad własną tożsamością (jak w "Łowcy androidów" – "T4", czyli czwarta część "Terminatora" to wyjątek). Jeszcze Oscarowy "Rocky" – ze Stallone dbał o ukazywanie bohatera jako sympatycznego chłopaka z nizin, ale wspomniany Vin Diesel, czy Punisher: War Zone wolą napierdalać przeciwnika niż rozprawić się z nim w sposób inteligentny, psychologiczny.

Filmy retro, które odwołują się do lat 70. w sposób jawny – to mistrzostwo gatunku."Monachium" – jeżeli jest dobre, to dzięki "Dniowi szakala", "American Gangster" – dzięki "Serpico", "Marsylski łącznik" dzięki "Francuskiemu łącznikowi", wszelkie filmy biograficzne osadzone w tych latach: "Lovelace", "Badaasss", „Teksańska masakra” stanowią bezpośrednią aluzję do "Głębokiego gardła", czy "Sweet Sweetback Baadasssss song". Remaki horrorów są często zakorzenione właśnie w postawieniu sprawy w sposób taki, jak w filmach z tamtych lat.

"Vinyl" mówi głównie o muzyce, a także o ikonach popkultury tamtych lat, przy czym raczej o nich nie mówi, tylko o nich wspomina. Andy Warhol, Elvis Presley i t.d. to takie znaczniki. Jednak to, czego temu serialowi brakuje, to wielkości - ujęcia naprawdę ważnego tematu w sposób epicki* (*kalkując z amerykańskiego slangu). To, co udaje się "Vinylowi" mimo jego monotonii, to zachowanie atrakcyjnej fabularnie klamry - jest morderstwo w pierwszym odcinku, to i musi być w ostatnim. O ile pomysł ten zawiódł twórców "House of Cards" (wiceprezydent - morderca to jednak zbyt tandetne rozwiązanie), to w "Vinylu" jest to OK, bo główny bohater nie jest politykiem, ani postacią rzeczywistą. W "Vinylu" sprawdza się aktorstwo Bobby'ego Cannavale'a w roli Richiego Finestry - producenta muzycznego ukazanego jak gracz giełdowy w "Wilku z Wall Street", czy jak zarządca tytułowego "Kasyna" w poprzednich dziełach Scorsesego (odpowiedzialnego za pilot serialu). To celny skrót myślowy - każdy muzyk uważa po cichu swojego wydawcę za bandytę (casus "Jesteś bogiem" i postaci granych przez Piotra Nowaka i Arkadiusza Jakubika). 

C.d.n. ...

*kodeks Hayse'a (od istniejący w Hollywood w latach 30.-60. XX wieku 

13:37, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »

Spotkanie z Martinem Caparrosem ("Głod") w niedzielę 12.06.2016 roku o 14:00 w namiocie obok Pałacu Szustra w ramach Big Book Festival. Wstęp wolny.

01:47, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »

Dominika Nasadko, IV rok

Robert Jankowski

Valeriya Matselskaya IV rok

Ada Lewicka (po lewej u góry trawestacja sztuki Yerbossyna Meldibekova)

Grzegorz Pieniak II rok.

ASP, W-wa 2016, fot: 4free.

***

Nie, nie mamy prawa do publikowania zdjęć obrazów. Ale czy artyści mają prawa do trawestowania Meldibekova? Czy Bóg istnieje? Może nie, więc nikogo nie ukarze. 

01:13, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 125
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Facebook
Filmy o prekariacie
Idea 4free
Knigi
Precenzje 4free
Recenzje 4free z 2012 roku
Recenzje 4free z 2013 roku
Recenzje 4free z 2014 roku
Recenzje 4free z 2015 roku
Recenzje 4free z 2016 roku
Seriale
Wystawy
Za darmo raz w tygodniu
Zawsze za darmo