Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Kategorie: Wszystkie | Kultura | Warszawa
RSS
czwartek, 26 kwietnia 2018

Anna Cieplak to najgłośniejsza debiutantka 2017 roku, co daje jej jakąś 17 pozycję po Dorocie Masłowskiej i jej "Wojnie polsko - ruskiej". Rok po roku mieliśmy bowiem już takich męskich i żeńskich "drugich Masłowskich" niemnożka, a średnio jedno na rok. Jeżeli ktoś z Was pamięta kolejne Masłowskie, wyrecytuje z pamięci:

0. Pierwszą - Masłowską była sama Masłowska w 2002 z "Wojną polsko-ruską".

1. Pierwszym - drugim Masłowskim był w 2003 - Mirosław Nahacz - i powieść, która przeżyła jego samego, "Osiem cztery".

2. Ręka do góry, kto pamięta drugiego-drugiego Masłowksiego, czyli trzeciego Masłowskiego, Radka Wysockiego i jego "Human-Tumana" z 2004 roku? 

3. Trzecią drugą (czwartą) Masłowską była w 2004 - Agnieszka "Paris London Dachau" Drotkiewicz.

4. Czwartą drugą (piątą) Masłowską była Marta Syrwid z "Czkawką" (również 2004).

5. Nie jest tak, że piątym... drugim Masłowskim (szóstym) nie był Szczepan Twardoch z "Obłędem rotmistrza von Egerna" (2005)... bo był!

6. Szóstym drugim Masłowskim był w 2006 Jakub Żulczyk z knigą "Zrób mi jakąś krzywdę".

7. Radek Wypiór, ów zapomniany dziś literat, wwindował się na stanowisko kolejnego, siódmego już, o ile się nie pomyliliśmy, drugiego Masłowskiego, a nie przeszkodziła mu w tym "Kronika okresu wypowiedzenia" (2007). 

8. Dziewiątym Masłowskim lub ósmym drugim Masłowskim był także Jakub Małecki z "Błędami" (2008).

9. Dziewiątą, bla, bla - drugą Masłowską była - i to zdecydowanie - Małgorzata Rejmer z legendarną "Toksymią" (2009), do której jednak mało kto dziś się odwołuje, bo zawsze woli powiedzieć n.p. o ...

10... Dziesiątej drugiej Masłowskiej, Kai Malanowskiej (pomogą w tym jej "Drobne szaleństwa dnia codziennego", 2010

11. Nie jest tak, że dwunasta (jedenasta, dziesiąta, dziewiąta, ósma, siódma, szósta, piąta, czwarta, trzecia, druga) Masłowska to nie Dominika Dymińska z "Mięsem" (2012)... bo to właśnie ona.

12. "Nocne zwierzęta" (2013) Patrycji Pustkowiak dały jej tytuł dwunastej drugiej Masłowskiej ex aequo z dwunastym Masłowskim, Ziemowitem "Przyjdzie mordor i nas zje" Szczerkiem.

13. Małgorzata Halber nie stałaby się trzynastą "drugą Masłowską" bez "Najgorszego człowieka na świecie" (2015).

14. "Dysforia" (2015) dała Marcinowi Kołodziejczykowi status czternastego "drugiego Masłowskiego".

15. "Atlas Doppelganger" (2015) dały Dominice Słowik tytuł piętnastej "drugiej Masłowskiej", a...

16. "Jak pokochać centra handlowe" (2016) uczyniły Natalię Fiedorczuk szesnastą"drugą Masłowską.

...I tak doszliśmy do Cieplak, siedemnastej już "drugiej Masłowskiej. Jakoś się nieszczególnie utrzymali wcześniejsi "drudzy Masłowscy", łącznie z samą Masłowską. Osobowości literackie przeniosły się w dużej mierze do internetu lub wręcz na fanpejdże internetowe Łukasza Najdera, Jakuba Wencla, Marcina Orlińskiego , czy Jasia Kapeli. I tak jak kino podumiera na rzecz seriali, tak drukowana / pdf-owana kniga odchodzi na rzecz internetów. 

Cieplak próbuje częściowo ten ewenement uchwycić - tworząc z "Ma być czysto" coś w rodzaju przedłużenia internetu na papier. Akurat my czytaliśmy "Ma być..." właśnie w epubie i skakanie z wątku do wątku i wyodrębnianie wątków hiperłączami tworzyło z knigi coś w rodzaju skromniejszej wersji dawnego "Bloku" Sławomira Shutego. W "Ma być..." tymczasem niewiele się dzieje - nikt nikogo nie zabija, nie ma żadnej aborcji, eutanazji, transgersji, czy wątku LGBT, zasadniczo mamy do czynienia ze średnio patologiczną rodziną jednej dziewczyny i już z zupełnie normalsową rodziną drugiej. Wątki się mieszają. Julka ma rodzinę dzieloną - mieszka wraz z ojcem i jego nową narzeczoną, raz z matką. Oliwka wychowuje się z ojczymem, matka pracuje w Niemczech. Dzieciaki (de facto) nieco ćpają, ale bez przeginek, popijają bronki, parzą się (ale bez LGBT, więc nic nowego), trochę opuszczają się w nauce, ale bez żadnej, jako się rzekło patologii. Na skutek zbiegu okoliczności i pewnych kumulacji jednej dziewczynie zaczyna wieść się nieco gorzej i trafia na moment do poprawczaka, ale jak rzekliśmy - są to mimo wszystko dziewczyny "z klasą", żadna lumpiarnia. Cieplak bardziej pokazuje pewien oceaniczny dryf, utrzymywanie się w pionie, mimo zalewania przez falę, niż jawne zatoniecie. Nie wiadomo czemu książka de facto służy.

I tu mimo wszystko dochodzimy do konkluzji, dlaczego Cieplak jest siedemnastą "drugą Masłowską". Wychodzi na to - i mówimy to z niesmakiem, bo styl wydawał nam się zawsze mniej wart od treści - ze Cieplak broni mimo wszystko język, czyli styl właśnie. Co ona odjaniepawla w materii werbalnej, to nawet my nie....

Tego nie da się opisać i warto zacytować. Najlepiej całą książkę na raz, bo nie jest długa; stąd też i nasz ranking 10 książek 2017, w którym Cieplak właśnie operuje. Odświeżcie sobie - tutaj.   

 

02:31, juliancio.wodnik , Kultura
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 kwietnia 2018

Kwartał nam minął, a i kwiecień się powoli odinstalowuje, czas więc na zaś sprokurować listę 10. najlepszych książek 2018 roku. 

1. "Człowiek-tygrys" Eki Kurniawana

Zaczniemy od książki indonezyjskiej autora w Polsce już wydawanego ("Piękno to bolesna rana"). Po wystawie "Gotong Rojong" w CSW to kolejny kontakt Polaków z kulturą największego kraju muzułmańskiego, a zarazem państwa tysiąca wysp i wielu kultur i religii. W "Człowieku - tygrysie" najważniejsze będą jednak zamiast religii, kultury, czy polityki Indonezji relacje rodzinne -  a także towarzyszące im szlachetne uczucia jak zazdrość, nienawiść, gniew, pycha i nieczystość. "Człowiek-tygrys" opowiada o morderstwie dokonanym przez młodego chłopaka na swoim starszym sąsiedzie, a zarazem ojcu jego sympatii; w bliżej nieokreślonych slumsach, czy mniejszym miasteczku, gdzie życie podlega zarówno rytmowi prac wiejskich, jak i drobnemu handlowi, czy opiece nad rodziną.   

Relacje, które Kurniawan stopniowo odsłania i do których powraca od kilku stron i z różnych  punktów czasowych (przed, w trakcie, po , przed, w trakcie, po- i tak w kółko, coraz bardziej zataczając kręgi) są dosyć proste - bo dotyczą: bohatera, jego znienawidzonego ojca, prześladowanej matki, a także sąsiadów - Anwara Sadata (zbieżność nazwisk z egipskim prezydentem przypadkowa). Poneważ ojciec bohatera umiera, a na scenę wkracza absztyfikant matki, którego zresztą Margio w pierwszej scenie żywcem zagryza - dylematy i wybuchy bohatera przypominają siłą rzeczy szekspirowskeigo "Hamleta".  

Dość istotne są w "Człowieku-tygrysie" folklorystyczne motywy ukazujące specyfiję snów na Jawie: tysiącgłowy potwór Brahala, czy Kreszna (jawajski odpowiednik Kryszy). Tytułowy człowiek-tygrys to postać z wierzeń snutych tu przez ma Muah, wiejską gawędziarkę, która twierdzi, że dusza tygrysa przekazywana bywa z pokolenia na pokolenie i główny bohater, Margio odziedziczył ją po dziadkach. Po opłotkach Jawy wałęsają się też dzikie psy ajaki, które warto sobie wygooglać, bo są pocieszne. 

***

Polecamy inną książkę z tworzącej się listy top 10.:

(2.) Susan Sontag "Style radykalnej woli".  

pozostałe książki wkrótce: 3.  Kopińska. "Z nienawiści do kobiet" /4. "Księżyc" Martina Caparrosa /5.  Åsne Guldahl Seierstad "Dwie siostry" /6. "Moja walka" tom. 6 / 7.  Yukio Mishima (1925-1970 "Złota pagoda (wznowienie) / 8. -10 wkrótce wymyślimy.

12:15, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »

Pradawna 

mądrość 

poniekąd

kosmiczna

 

Chuang-tzu śnił,

I śniąc, że jest ptakiem, pszczołą

i motylem,

Nie zrozumiał dlaczego miałby się czuć

czymkolwiek innym

Ezra Pound

(tłum. Leszek Elgenking, LNŚ 108)

 

"Westworld" opowiada o przebudzających się robotach (androidach, precyzując), które uświadamiają sobie kim są, co tracą, jak wiele wredni ludzie im czynią krzwydy. Dodatkowo, maszyny te, luźno oparte na postaciach z filmu Michaela Crichtona z 1973 roku (i autora książki "Park Jurajski") cierpią podwójnie, bo stanowią w tym akurat, wymyślnym przypadku, zabawki w parku rozrywki - żyją w tytułowym Westworld, czyli symulakrum Dzikiego Zachodu. Ludzie mianowicie mogą je zabić (męskie roboty), zgwałcić (żeńskie androidy) lub jedno i drugie, bez względu na płeć. Androidy są następnie regenerowane i przywracane do użytku i tak mogą umierać po sto razy, w zasadzie codziennie. Nie ma tego w serialu, ale w filmie wyjaśnione było po łebkach, że naboje robotów nie zabijają ludzi - roboty są więc de facto bezbronne. Broń ludzi to głównie rewolwery, bo przyjeżdżający do wystylizowanego na miasteczko z przełomu XIX i XX wieku ludzie wczuwają się w klimat epoki. Roboty też nie bardzo mogą się "przebudzić", bo w czasach ich akcji, które to realia mają wgrane w pamięci, nie ma przecież komputerów.  Niemniej jednak w bazie głównej, do której są zabierane w czasie regeneracji widzą co się z nimi dzieje, ale jest im to wymazywane z głowy. Do czasu aż Maeva Millay (Thandie Newton) nie wymusi na swoim opiekunie, Lutzu (Leonardo Nam), by jednorazowo pamięci jej nie kasował. 

Uff, napisałem to. Tak, brzmi to wszystki nieco bzdurnie, ale taka jest konwencja. "Matrix" też brzmi głupio z opisu, ale można przy nim pogłówkować. "Westworld" jest takim "Matriksem" w "Parku Jurajskim" - narracja jest po stronie robotów, czyli tak, jakby w "Parku..." widz był po stronie dinozaurów, a w "Matriksie" - po stronie maszyn przed dokonaną przez nie rewolucją. Architekt, konstruktor to oczywiście starszy biały mężczyzna po siedemdziesiątce Robert Ford (Anthony Hopkins, ale równie dobrze Richard Attenborough, czyli John Hammond lub Helmut Bakaitis, czyli Architekt, obaj ze wskazanych dwóch filmów).

Tak jak w ustalonych kultowych dziełąch, tak w "Westworld" o relacji człowiek-wynalazek człowieka decydują drobne, subtelne różnice. I tak człowiek pochodzący z natury odtwarza dawną naturę, ta go atakuje, po czym produkuje dalej sama siebie do momentu, kiedy nie zaatakuje sama siebie. Człowiek z kolei okazuje słabość poprzez swoją próżność, ale i współczucie. I tak Lutz ukazuje tu swoje człowieczeństwo wtedy, gdy umożliwia robotowi samoidentyfikację. Ale Lutz jest tu wyjątkiem, większość, o ile nie wszyscy pozostali z ludzi są tu potworami, przynajmniej w relacji wobec robotów. Nie ma mowy ani o współczuciu, ani o wdzięczności wobec robotów tylko o ich całkowitej eksploatacji. Ashley Stubbs (Luke Hemsworth) jak Robert Muldon w "Parku..." czy Agent Smith w "Matriksie" jest brutalnym treserem robotów i komandosem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo rządzących - w każdej chwili z innymi komandosami może przeprowadzić akcję ratowniczą i roboty odstrzelić. Inżynierowie Ford lub jego asystent Bernard Lowe (Jeffrey Wright) instalują w robotach programy i tyle ich interesuje (do czasu, ale to nieważne). Klienci (Ed Harris i Jimmi Simpson) chcą się po prostu dobrze bawić, choć ich podejście do sprawy różni stopień wrażliwości i zaangażowania w tę absurdalną westernową grę. Roboty im do tego celu służą, ale są też w pewnym stopniu obiektem badawczym.

A teraz czas na wprowadzenie maszynki do mielenia - Michela Foucaulta - i wykorzystanie jego filozofii do tego serialu. "Westworld" jest symbolem opresyjnego świata i wszelkich odpowiedzialnych za nadzór nad nim instytucji - więziennictwa, psychiatrii, medycyny, a nawet nauk humanistycznych. Strażnicy (służba więzienna), klienci (badacz - jako psychiatra, ale i humanista), czy architekci (regenerujacy, a więc odpowiedzialni za medycynę) - jedyne co mają na celu, to sprawowanie nadzoru, sprowadzajac roboty na ziemię w ich wyskokach, uniformizując je i targetując. Ludzie symbolizują tu zachodnio rozumiany Rozum - a roboty - wschodnio pojmowane Szaleństwo. To oczywiście odwróćenie ról, jeżeli założymy, że do tej pory to robotyzacja oparta była na nauce, a pierwiastek ludzki a nie techniczny odpowiedzialny był za myślenie abstrakcyjne. 

Jak pokazywał jednak eksperyment z grą w go maszyny również nauczyły się myśleć abstrakcyjnie, a jak porównuje czasem literatura XX wieku ludzie stali się manekinami, robotami lub ludźmi wydrążonymi. Wpadając w tryb rozwojowy przez wiele lat oparty na opresyjnej edukacji, opresyjnej pracy, opresyjnym systemie zarządzania służbą zdrowia, opresyjnym systemie wojskowym, czy opresyjnym Kościele lub w przypadku zadzierania z prawem - z opresyjną służbą więzienia lub szpitalem zakmniętym; założenie, że jesteśmy ludźmi wolnymi jest dyskusyjne. Dyskusyjne nie tylko dla nas, ale dla 90 % świata, gdzie większość dóbr znanych i nam nie jest dostepna, dyskusyjnym dla 9 milionów ludzi - w większości dzieci - umierajacych z głodu, gdzie w kapitalistycznym świecie tylko śmierć z głodu jest pewna, a w komunistycznym sprawa nie ma się dużo lepiej. Dyskusyjnym w świecie, gdzie na wyprawę do Westworld stać by było promil społeczeństwa.

Wolność dla robota jest więc prawem do pomyłki, do odstępstwa od normy, do Szaleństwa. Szalonym będzie gest buntu, na który zdobędą się roboty w finale pierwszego sezonu, szalonym będzie znany z "Blade Runnera" i jego kontynuacji fakt, że nawet bunt robotów jest w jakimś sensie sukcesem człowieka, (w tym orzypadku Forda), który tak je zaprogramował, żeby idea buntu była dopuszczona a jego ostateczny wybuch miał być ostatecznym dowodem na rozwiązanie sofistycznej zagadki stworzenia przez Wszechmogącego kamienia, którego nie będzie mógł On podnieść.  Jest tu też motyw pigmalioński pożeniony z sukcesem Kaliguli, który chce zawołać ludzi do buntu i osiąga absurdalne zwycięstwo, gdy ginie na skutek pożadanego buntu. To Szaleństwo wyrywające się spod kontroli jest jednak jedynym dopuszczalnym. A roboty - symbolicznie - oczywiście żadnymi robotami nigdy nie były. To o nas. 

piątek, 20 kwietnia 2018

"Dziedziczki" to bodaj pierwszy film z Paragwaju jaki (przynajmniej za naszej kadencji) trafia do polskich kin i jest to kino w stylu dość "Gutkowym" - kameralne, oszczędne w środkach artystycznych, niezależne do bólu, w dodatku o bardzo niefilmowych bohaterkach.

Chela wraz z Chiquitą stanowią parę dam, które pozyskały wiele lat temu posiadłość, na którą ich nie stać. Od wielu lat żyją w małym dworku, który popada w zapomnienie, a żeby opłacić czynsz sprzedają różne kosztowności. Jednocześnie opłacają służącą, co pokazuje, że ich stosunek do pogarszającej sytuacji materialnej nie zmienia ich dawnych, klasowych przyzwyczajeń. W pewnym momencie, trochę przez przypadek Chiquita oskarżona zostaje o defraudację i trafia do więzienia. Chela po raz pierwszy w życiu zostaje sama.

"Dziedziczki" rozgrywają się nieśpiesznie. Konwencja kina LGBT jest dość specyficzna, bo relacji kobiet w zasadzie (z powodu aresztowania) nie widać. W Cheli, która na początku wydaje się osobą wygaszoną, mało kontaktową i wwwnętrzne martwą zaczyna odradzać się życie.

Sytuacja przypomina "Madame de Sade" Yukio Mishimy - kobieta oczekująca na  wolności na  swoją drugą połówkę pomarańczy jest jej lojalna dopóki ta jest uwięziona, ale w momencie, gdy może nastąpić uwolnienie- będzie ono dotyczyło również uwolnienia od relacji. Na skutek dość nieoczekiwanej fuchy, którą wynajduje Chela - zostając szoferką swoich koleżanek - poznaje znacznie młodszą od siebie, cieszącą się męskim zainteresowaniem Angy.

Relacje między kobietami w "Dziedziczkach" są na tyle niewyraźne (między Chiquita a Chelą) lub subtelne (między Chela a Angie), że w zasadzie określanie ich jest da fabuły tak samo ważne i znaczące jak postępy śledcze w kryminale, czy zwroty akcji w thrillerze.

15:28, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2018



Edi Hila - to artysta pochodzący z Albanii. Czasy jego młodości / ur. w 1944 roku / nie należały do najłatwiejszych, szczególnie dla osób twórczych, pragnących poszukiwać nowych środków wyrazu. Malarz podjął studia artystyczne w swoim rodzinnym mieście Szkodrze. Udało mu się nawet wyjechać na stypendium do Włoch co w tamtym okresie nie było dla artysty zza "żelaznej kurtyny" rzeczą łatwą i oczywistą. Inspiracje, które przywiózł z podróży nie przysporzyły mu jednak artystycznego rozgłosu. Wręcz przeciwnie - lekkie deformacje, stylizacje postaci jakie zaczął stosować zdaniem ówczesnych cenzorów były złamaniem zasad panującego w tej szerokości geograficznej jedynego słusznego stylu jakim był socrealizm. Aby oduczyć młodego adepta sztuki takich dziwacznych praktyk skazano go na tzw. roboty przymusowe w fabryce.

Twórca nie poddał się jednak i po godzinach ciężkiej, fizycznej pracy tworzył bardzo wnikliwe szkice, rysunki tuszem i ołówkiem, których głównymi bohaterami stali się koledzy z fabryki, dzielący z nim niedolę i ciężkie reżimowe warunki. / cykl "Drób" 1975-76/

Wielką szansą powrotu do oficjalnej sztuki stały się dla Hili przemiany ustrojowe. Lata 90 można śmiało nazwać jego odrodzeniem jako artysty. Z wielką uwagą i nieszablonowym podejściem do kompozycji "wyławiał" z pełnego bałaganu pejzażu Albanii ciekawe kadry. Dziwne, nieprzemyślane budowle, mające w sobie dużo architektonicznej samowoli - tak typowej dla okresu transformacji. Gdy stary ład ustępuje miejsca nowemu i gdy nie wytworzyła się jeszcze nowa,

uznana estetyka. Zachłyśnięcie się konsumpcją, kolorowym i komercyjnym kiczem. Są to tematy bardzo bliskie także polskiemu odbiorcy. / Seria "Komfort" 1997 /.

Malarz zwykle tworzy w cyklach, często równoległych. Jego obrazy pozostają pod silnym wpływem sztuki dawnej , min. renesansu włoskiego.

Świetny warsztat bardzo odróżnia go od tak popularnej w dzisiejszych czasach skrótowości , braku techniki, estetyki trashowej. Przemyślane kompozycje i wielka w wnikliwość przy doborze właściwego tematu to także jego znaki rozpoznawcze.

Relacje międzyludzkie, architektura, wycinki z codziennego życia to dominujące tematy dla jego prac. Często namalowane w zawężonej gamie kolorystycznej, z przewagą błękitów i szarości, jakby nieco spłowiałej , ale bardzo szlachetnej i wyważonej.

/ Seria "Relacje"/2002-2014,"Nadbudówki","Przydrożne obiekty"/.

Edi Hila jest cały czas aktywnym twórcą oraz pedagogiem. Wykłada malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Tiranie.

Wystawa "Edi Hila - malarz transformacji" czynna do 6.05.2018 w Muzeum nad Wisłą.

Tekst gościnny - Anka Marciniak. 

W pełnym słońcu 2005 , z cyklu Paradoksy. 

20:14, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 marca 2018

Najliczniejszymi polskimi ofiarami komunizmu, obok polskich żołnierzy i partyzantów byli .. polscy komuniści. A obok arystokracji, największymi ofiarami radzieckiego komunizmu byli… wspierający rewolucję intelektualiści. Dlaczego więc i jedni, i drudzy popierali komunizm? Na to pytanie odpowiadają książki “Bierut. Kiedy partia była bogiem” Piotra Lipińskiego i “Diavolina” Gyorgy’ego Spiro o Maksymie Gorkim. 

W zeszłym roku ukazały się dwie biografie ważnych postaci w komunistycznych dziejach świata. Jedna z biografii, “Bierut. Kiedy partia była bogiem” Piotra Lipińskiego, klasyczna historyczno-reporterska, druga literacka - “Diavolina” Gyorgyy’ego Spiro bo też i poświęcona literatowi, Maksymowi Gorkiemu. Ponieważ zarówno oceny Lipińskiego, jak i Spiro są dość wyważone, nie są to książki szczególnie skandaliczne, dokonują jednak odważnej narracji - mianowicie w ogóle Bieruta i Gorkiego przedstawiają - a kreślą ich jako komunistycznych praktyków i teoretyków, w szeregu. Spiro ukazuje Gorkiego jako nadwornego literata ZSRR, ideologa, ale spoglądającego trochę z boku, na osobnych warunkach, coraz bardziej wewnętrznie sceptycznego. Lipiński ukazuje Bieruta jako urzędnika wprowadzajacego w Polsce komunizm - zgodnie ze swoimi przekonaniami i odgórnuymi rozkazami - ale bez oglądania się na patriotyzm. 

Bierut, czyli, czy dało się inaczej? 

Zacznijmy od stosunku Polaków do Bieruta - bo o ile wiele różnych postaci dzieli Polaków, co do niego opinia po lewej i po prawej stronie jest dość jednoznaczna - najlepiej o nim milczeć. O Bierucie - mordercy żołnierzy wyklętych, instalatorze komunizmu i szpiegu partii bolszewickiej w Polsce zwykło się po jego śmierci mówić źle lub nie mówić w ogóle. Prace historyczne jemu poświęcone nie uzyskiwały rozgłosu, bo dyplomatyczne wstrzymanie głosu zdawało się reakcją adekwatniejszą. Warto jednak byłoby sobie postawić pytanie - są lata 40. tuż po wojnie. Wzmaga kolejna fala terroru stalinowskiego, nie pierwszego dla ZSRR, ale dla Polaków wciąż niecodziennego. Stalin każe Bierutowi podkręcić śrubę - co też ten robi. Pytanie może być kontrowersyjne, ale "czy dało się inaczej”? 

“Bierut. Kiedy partia była bogiem” - próbuje ostrożnie głos o niesławnym Bierucie wprowadzić na nowo do dyskursu. Zapomniany Bierut, wykonawca poleceń Stalina wraca dzięki Lipińskiemu do dyskursu, a jego dylemat (lub jego brak) przez pilnego i pracowitego reportera na nowo jest dla nas unaoczniony. O ile bowiem za swojego życia Bierut sial postrach - nie poprzez swoją osobę, ale poprzez twardy komunizm, który reprezentował, a wszsycy jego przeciwnicy w najlepszym razie trafiali do więzień - tak po 1989 roku, a już w szczególności w ostatnich latach dziejowe role się zmieniły - antykomunistyczni, wymordowani “żołnierze wyklęci” stali się jedynymi uznanymi bohaterami - a wyklętym stał się sam Bierut i inni powojenni komuniści. Lipiński asekuracyjnie podlicza ofiary komunistyczne w Polsce - w postaci tych znanych z sądowych wyroków śmierci na opozycji niepodległościowej i antykomunistycznej - i cedując je na Bieruta dochodzi do kilku tysięcy, około czterech. Tymczasem, IPN według swoich szacunków polskich ofiar śmiertelnych ze strony ZSRR podaje ok. 200 tysięcy, zatem podsumowanie jest pięćdziesięciokrotnie większe. Zanim przystąpię do recenzji książki skoncentruję się na tych liczbach, bo są one - co by nie powiedzieć - dość ważne. 

Szacunki IPN-u co do ofiar komunistycznych koncentrują się przede wszystkim na polskim pochodzeniu ofiar - poza dwudziestoma tysiącami oficerów w Katyniu (to dużo, ale jednak tylko 10 % wszystkich komunistycznych polskich ofiar), do ofiar komunistów zaliczają się zesłańcy, którzy zmarli na Syberii, ale też ofiary czystek - a tych - poza żołnierzami z Katynia - najwięcej było… wśród polskich wyznawców komunizmu. Od wybuchu rewolucji bolszewickiej do 1939 roku - do pierwszego etapu II wojny światowej, a więc przy wliczeniu najbrutalniejszych czystek komunistycznych z 1937 roku - ofiary polskiego pochodzenia były ogromne - Lipiński ze znanych nazwisk przedwojennych komunistów z ZSRR i z Polski wymienia tu m.in. Jana Hempla, pierwszego ideologicznego mistrza, przyjaciela i mentora Bieruta, postać bardzo barwną - podróżnika zafascynowanego wpierw hinduizmem, później komunizmem. Strata nie tylko jego, ale wielu innych moskiewskich komunistów może być kwitowana cynicznie, pw dyskusji kawiarnianej przy papierosie i piwie: nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka... Ale prawda jest taka, że ogrom represji wobec polskich komunistów był tak duży, że sam Bierut, postać zupełnie nijaka, ale wybrana na szefa polskich komunistów jest tej czystki wypadkową - jeśli chodziło o innych polskich komunistów “moskiewskich” nie było już z kogo już wybierać. 

Bierut był więc nie tylko naczelnikiem terroryzmu, ale także jego ocalałym (przynajmniej do 1956 r.). - ocalenie zawdzięczał m.in. przebywaniem przed wrześniem 1939 r. na terenie Polski, siedzeniem w więzieniu, albo w krajach, do których go wysyłano z ramienia komunistycznej międzynarodówki. 

A co do pytania wyjściowego: Czy mógł “inaczej”? 

Spójrzmy, jak po 1945 r. było w krajach sąsiedzkich: Niemcy - rozebrane; Prusy - przejęte przez Polskę i ZSRR, wszyscy naziści ścigani, aresztowani i mordowani i likwidowani po dzień dzisiejszy - siedem milionów ofiar (oczywiście w tym ze strony Zachodu, ale sam Stalingrad i Kursk były dla III rzeszy największą stratą). Rumunia okrojona o Mołdawię, współpracownicy hitlerowscy z Żelaznej Gwardii - rozstrzelani (nieoficjalnie przez samego Antonescu), wódz Antonescu i jego ludzie, którzy poszli oficjalnie przeciw Sowietom - wszyscy rozstrzelani, król Michał - emigrował; 500 tysięcy ofiar, w tym szacunkowe 350 tys, ze strony ZSRR. Słowacja - ukarana za kolaborację - ksiądz Tiso - skazany na śmierć, Słowacja wcielona do Czech cała Czechosłowacja: 350 tys. ofiar. Bułgaria - Rada Regencyjna sprawująca władzę za małoletniego Symeona - cała rozstrzelana, car Symeon - emigrował; 25 tys. ofiar. Węgry - strzałokrzyżowcy (nilaszowcy) - wszyscy skazani na śmierć, Döme Sztójay - skazany na śmierć, admirał Horthy - na emigrację. Wszystkie kraje bałtyckie, Ukraina, Białoruś - wcielone do ZSRR, ponownie, po 1939 r. tracą niepodległość. Dla ZSRR wojna zaczęła się w 1941 r, - przywrócenie "przedwojennego" stanu to dla nich nie ziemie z 1939 r., ale ziemie z 1941 r. właśnie - stąd taki, a nie inny upór co do powojennych granic. Wojna dla ZSRR to - 20 milionów ofiar + drugie tyle (stalinowskie represje wewnętrzne). Na tym tle tylko Węgry i Bułgaria (która nie wsparła Holokaustu swoich obywateli z wyjątkiem ziemi przejętych po Rumunii) straciły ze strony ZSRR mniej niż Polska - ale też w odróżnieniu od wszystkich wspomnianych tylko Polska (i Czechy) nie stały w koalicji antykominternowskiej, tylko Polska (i Czechy) nie wspierały nazistów. Za co więc dla Polski tak surowa kara? To pytanie retoryczne. We wszystkich wskazanych krajach komuniści osadzili po wojnie swoich ludzi. Polska jako jedyna miała wybór powrotu przedwojennych władz - w krajach sojuszników nazistów - co już ustaliliśmy - przedwojenne i wojenne władze zostały wyeliminowane. Na powrót do Polski nie zdecydowała się jednak emigracja, mimo, że nalegali na to sami Alianci - polska emigracja najwyraźniej i nie bez przyczyny bała się o własne bezpieczeństwo - ale czy byłoby ono bardziej zagrożone niż w 1939 roku? Po wojnie hitlerowsko-radzieckiej (dla ZSRR trwającej, powtórzymy trzeci raz, od 1941 r.) ZSRR nie popełniał już aż tak masowych zbrodni na Polakach, przynajmniej do czasu zakończenia wojny (choć oczywiście zdarzały się inne zbrodnie, jak "obława augustowska"). I nie chodzi tu o wybielanie ZSRR - którego zbrodnie wobec Polaków po 1939 r. były de facto uzupełnieniem czystek klasowych, które w czasach rewolucji bolszewickiej, czy wielkiej czystki 1937 roku pochłaniającej milion ofiar, były na terenach ZSRR kilka razy większe - zatem można by pokusić się o niesmaczną puentę, że na tle samych Ukraińców zagłodzonych w latach 30. w liczbie kilku milionów, na tle kilkunastu-dwudziestu milionów ofiar radzieckiego komunizmu - 200 tyś polskich ofiar nie było aktem wyjątkowym. 

Można więc powiedzieć, że Bierut przejął władzę w Polsce, gdyż naprawdę nie było już komu jej dać - nie przychylała się ku powrotowi ani emigracja, ani nie nadawało się ku temu podziemie niepodległościowe chcące dalszej wojny, gdy cały świat był już nią zmęczony; ani Gomułka - który był dla Stalina podejrzany (jak można było przeżyć wojnę po nazistowskiej linii frontu? Stalin wszak rozstrzelał wszystkich Własowców - mimo ich militarnej bezużyteczności dla nazistów - i zrobił to z wyrachowania, a może na wszelki wypadek - nie zaufałby nigdy tym, którzy zostali zbyt daleko od jego strefy wpływów). 

Bierut - co ustaliliśmy - nie walczył o zachowanie narodowej tożsamości Polaków, ani polskości. Jako "ocalony" z czystek komunistycznych był nie tylko zastraszony , ale też na tyle przywiązany do komunizmu (syndrom sztokholmski?), że rozkaz dotyczący fizycznej eliminacji podziemia niepodległościowego przekazał dalej - z ulgą - i w żaden sposób z nim nie polemizował. 

To Bierut odpowiada za kształt obecnej Polski - likwidując militarnie podziemie niepodległościowe wytworzył taki stan rzeczy, że teoretyczna transformacja ustrojowa o ile miała kiedykolwiek nastąpić, musiała dokonać się drogą pokojową - a więc czymś w rodzaju Okrągłego Stołu - bo potencjalna (kontr)rewolucja - zakończyłaby się równie krwawo co -powojenna. 

Lipiński stawia pytanie o to, czy można być komunistą i Polakiem jednocześnie. I jasno z tego wynika, że nie można. Bierut nie był już Polakiem, bo jako Polak się nie identyfikował, był internacjonalistą komunistycznym, polskość nie była mu do niczego potrzebna, bo blokowała rewolucję, zatrzymywała tramwaj rewolucji na przystanku niepodległość, ale dla Bieruta był to przystanek zbyt długi, albo niepotrzebny; bierutyzm był to więc internacjonalizm radykalny, komunistyczny. Bierut oddzielał Polskę od ZSRR tylko po to, by odrobinę odciążyć centralizację władzy ZSRR - a także, sugerowany wskazówkami Stalina - by uspokoić aliantów z Zachodu, bo przecież nie Polaków - dla nich wystarczyło fizycznie odbudować kraj a zwłaszcza stolicę, ale po swojemu. 

Czy był moskiewskim szpiegiem? Zapewne tak - ale też dla dobra sprawy nie ujawniał swojej agentury, choć był zapewne z niej dumny - co, gdyby mógł ktoś wygłosić w dzisiejszych czasach byłoby zdaniem odosobnionym, o ile nie jedynym. W znaczeniu przenośnym - nigdy swoich wpływów nie ukrywał. Służył Stalinowi jako liderowi komunizmu i był od niego uzależniony tak jak powojenna Japonia i RFN od armii amerykańskiej - z tym, że PRL miał teoretycznie armię. Agentura nie miała absolutnie żadnego znaczenia dla Bieruta - był komunistą - toteż służba komunizmowi była zarówno w jego interesie, jak i obowiązku. Był komunistą, bo “polskość za wszelką cenę” go nie interesowała (w odróżnieniu chociażby od Gomułki). Trzeba przyznać jedno - Bierut był dobrym komunistą, trzymał się ideologicznych zasad marksizmu, popierał światowego lidera komunizmu, jakim, przynajmniej - do pojawienia się Mao Zedonga, kiedy było ich dwóch - był Stalin; był komunistą bezkrytycznym, ideowym, co podkreślał Lipiński - człowiekiem ocenianym jako skromny, życzliwy w kontaktach osobistych, kulturalny, bynajmniej nie wybuchowy. Jeżeli w pewnym dziejowym momencie donosił o nieprawidłowościach w polskim komunizującym podziemiu kierowanym przez swojego największego rywala, Władysława Gomułkę, to nie tylko dlatego, że chciał wejść na jego miejsce, ale uważał, że jako zwolennik komunizmu o takim prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniu ma naprawdę obowiązek donieść. 

Gdy reżim w PRL-u zaostrzył się, już po sprowadzeniu do kraju byłego premiera na uchodźstwie, Stanisława Mikołajczyka, jak i już po jego epickiej ucieczce, i po referendum - Lipiński podaje przykład uległości Bieruta - gdy ten goszczony w Moskwie jest epicko zbluzgany przez Stalina i werbalnie, w czasie rozmowy w cztery oczy zmuszony do rozbudowania aparatu represji. 

To wtedy dokonała się kolejna fala represji w stosunku do konkurentów politycznych (z byłego PPS), ale i elit intelektualnych. 

Tutaj warto ponownie zauważyć dylemat urzędnika tak bardzo przypominającego tego z opowiadania Czechowa - Bierut przerażony samą obawą przed Stalinem zastosował powojenne represje wobec nie tylko “żołnierzy wyklętych” odsiadujących w więzieniach - zamieniając im cele na cele śmierci - ale i wobec cywilów, wobec inteligencji. 

Epizod powojenny w Polsce Bieruta i przedwojenny w przypadku Gorkiego każe nam dzisiaj zastanowić się, czemu inteligencja tak bardzo popiera rewolucję, skoro gdy ta ma miejsce na pierwszy ogień obiera sobie zawsze inteligencję?

Czy Bierut był intelektualistą, a więc, czy warto zestawiać go z Gorkim, zasłużonym w końcu pisarzem, "inżynierem dusz ludzkich"? 
Bierut jednocześnie był intelektualistą, jak i nim nie był. Kompetencje Bieruta jako polityka, mogą być oceniane tak samo jak jego intelektualizm – w ostateczności kim jesteśmy my dziś, by wydawać cenzurki naszym poprzednikom? Bierut był marksistą, praktykiem,ale też leninistą i stalinistą - tym była dla niego nauka - podporządkowaniem dogmatowi. Materializm historyczny i nierozerwalne związanie stanu świadomości ze stanem, dialektyka Heglowska, walka klas - to rzeczywistość. Pytanie o to co po rewolucji - to reakcja. 

„Diavolina” Gyorgy’ego Spiro to powieść dość typowa dla tego właśnie, coraz bardziej znanego u nas węgierskiego pisarza – ukazuje ona poprzez losy jednostki zarówno czasy, jak i uwarunkowania związane z poszczególnymi epokami i ich elitami. W swojej najlepszej „Niewoli” Spiro prezentował żydowskie elity intelektualne w wieku, gdy powstawało chrześcijaństwo, w „Iksach” i „Mesjaszach” (nagrodzonych wrocławskim Angelusem, Literacką Nagrodą Europy Środkowej) ukazał z perspektywy polskich intelektualistów Warszawę i Paryż w czasach po kampanii napoleońskiej i po powstaniu listopadowym; w „Salonie wiosennym” – Budapeszt tuż po zrywie niepodległościowym i interwencji wojsk Układu Warszawskiego w 1956 roku. W trzech pierwszych wymienionych powieściach Spiro koncentrował się na środowisku literackim – a „Salonie” poprzestał na malarzach i grafikach węgierskich, w „Diavolinie” powraca do pisarzy i opisuje radzieckich literatów przed wielką czystką w drugiej połowie lat 30. 
Narratorką „Diavoliny” jest służąca rewolucjonisty – i na tej perspektywie warto chwilowo przystanąć – czym bowiem jest służący w systemie rewolucyjnym, jeżeli nie reliktem patriarchalne, burżuazyjnej przeszłości? Czy rewolucjonista potrzebuje służącej? 
Czy rewolucja potrzebuje służących? 
„Bierut” Lipińskiego odpowiada że tak – bez sług i urzędników rewolucja się nie obejdzie – tytułowy bohater Lipińskego jest wszak ukazany jako urzędnik rewolucji, wierny wyznawca komunizmu, jego laicki kapłan. Bierut nie zyskuje w oczach Lipińskiego żadnej charyzmy, czy cech patriotycznych – jego patriotyzmem jest komunizm – interes Polski będzie z jego perspektywy na drugim miejscu – a na pierwszym – kierunkowskaz, czyli Rosja Radziecka. 
Lipiński posłużył się materiałami, o których gromadzeniu sam wspomina, także rozmawiał z bezpośrednimi osobami, które znały Bieruta. O metodzie pracy Lipińskiego wiemy więc od samego Lipińskiego. 
Spiro obiera typową dla siebie metodę pozostawania jako autor anonimowym – mozół pracy, jaką przebył musi być, jak zwykle ogromny, bo pisarz rezygnuje z narracji trzecioosobowej i pozostaje skromnie w cieniu swojej narratorki – to pierwsza zresztą kobieca narracja u Węgra. 

Czy rewolucja potrzebuje służących? – Spiro jest bardziej sceptyczny – mówi, że nie, albo do czasu – po czasie los zainteresowanych jest nieciekawy. Jeżeli służący pełnią klasową rolę pomocników reżimu - pójdą do ziemi razem z odchodzącymi po czystkach elitami (jak w “Drzazdze” Zazubrina - gdzie narrator, czekista, eliminuje całe klasy społeczne od arystokratów, przez kler po dworzan, a następnie, zlikwidowawszy stu - ma być zlikwidowany jako sto pierwszy). Tytułowa Diavolina, pseudonim służącej Gorkiego jest jako narratorka bezlitosna - gdy opisuje pomoc, jaką Gorki mozolnie i nieudolnie stosuje wobec zagrożonych niełaską Stalina więźniów, wspomina o pozorowanej amnestii, po której następuje kolejna czystka, na skutek kórej wszystkie poprzednio uratowane osoby i tak wracają do więzień, najczęściej już bezpowrotnie. 

To, że Gorki nie dożył II wojny światowej, a setka radzieckich pisarzy wraz z nim - a Bierut owszem - nie jest wypadkową żadnej z ich cech - tylko zbieg okoliczności. Akurat Spiro mógł rozwinąć wodze fantazji i zasugerować, jak niesie plotka, że Gorki został otruty - co mógł sugerować też i Lipiński pisząc o Bierucie - obaj stwierdzili jednak, że po co - przy tak wielu milionach ofiar stalinizmu opisywać akurat te dwie, co do których intencjonalnej śmierci można mieć wątpliwości? Spiro pisze więc o faktycznej chorobie płuc Gorkiego i o tym, że zabił go de facto powrót z włoskich sanatoriów, a także nieumiejętność zaakceptowania kolejnego stalinowskiego zaostrzenia kursu. A Lipiński pisze o Bierucie, który faktycznie po ciężkiej chorobie m.in. nerek - umiera w Moskwie w 1956 r. bo nie może jako ostatni z przywódców krajów Układu Warszawskiego zaakceptować nadciągającej odwilży i... zwolnienia kursu. 

03:42, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2018

Przyjmijmy jako tezę, że na podstawie ilości zgromadzonych źródeł najbardziej przeżartym korupcją, zdemoralizowanym i bezpowrotnie moralnie zniszczonym krajem jest ... Ameryka. Że z danych obywateli, z gazet, ksiażek, piosenek i filmów wynika, że nie ma w USA prawdziwej demokracji - ani na poziomie politycznym, ani społecznym, że prawo ma w głębokim niepoważaniu racje jednostek, grup i mas społecznych, że wyświechtane frazesy z Konstytucji nigdy nie były niczym innym jak pustymi słowami, że prawa ludzkie nie istniały. Że jest to kraj z brutalną karą śmierci, absolutnym zakazem posiadania narkotyków, które biorą jednak "wszyscy", rozpasanym i samozwańczym, oligarchicznym kręgiem mafii zbrojeniowej, która dla interesów wąsko rozumianych elit terroryzuje obywateli swojego kraju i świata, z tradycją niewolnictwa, rasizmu, Ku Klux Klanu, wojen narkotykowych, zbrodniczych polityk CIA, rasistowskimi przepisami wizowymi, klasizmem, brakiem poszanowania własnego prawa, skorumpowanym sądownictwem, adwokaturą promującą wysoko postawionych i bogatszych, z totalitarnym wojskiem, którego interesy monopolizują rzekomo wolny rynek w ramach NATO, moralnie przegranymi wojnami, zbrodnią Hiroszimy, Nagasaki, Korei Południowej i Północnej, Wietnamu, Afganistanu, Iraku, setek misji w Nikaraguach, Dominikanach, Zatokach Świń,  Afganistanach, Chilech, Somaliach, czy Syriach - dołączając do wojen już po najbardziej nieodwracalnych ich skutkach, dawno rozpoczętych seryjnych zbrodniach... że ten kraj dalej budzi w świecie fascynację, której już chyba nawet wśród obywateli nie budzi.

Jeżeli więc Ameryka wciąż czymś jeszcze fascynuje z moralną przy tym racją - to tym, że o wszystkich tych przerażających praktykach, zbrodniach, korupcji i zaniechaniu wiemy dzięki... samym Amerykanom. Niekwestionowana, radykalna wolność słowa jest tam wartością nadrzędną, ale i ona również może być niewolna od wpływów zwalczających się elit; żaden niezależny krytyk nie "objedzie" literalnie wszystkich, ale że tego nie zrobi - i nie umrze z głodu, popadając w totalną niełaskę - to dlatego, że ocenzuruje sam siebie, by nie popaść w w zapomnienie i brak sławy - tę wadę ostatnią, kardynalny grzech zwany próżnością każdy wolny umysł posiada. 

"Rozum waćpanny piękności dorównuje", czyli powieść Sontag o Sienkiewiczu

Susan Sontag jest jedną najsłynniejszych współczesnych pisarek nie tylko ze względu na jej rezolutne eseje i powieści, ale i jej dosłowny wizerunek znany z dziesiątków portretów m.in. Anne Leibowitz, jej charakterystyczny uśmiech Giocondy, czy siwy lok na kruczoczarnej głowie. Nie wiem, czy Sontag nie była w ogóle jedną z najbardziej obfotgografowanych pisarek, a może i wszystkich pięknych umysłów, intelektualistów XX wieku. Konkurs na najpiękniejszy umysł , ale i na urodę samą wygrałaby walkowerem - z chropowatym na twarzy Bukowskim, Pynchonem znanym z jednego zdjecia, zezowatym, karykaturalnym  Sartrem, przesadnie maczystowskim Hemingwayem, arogancko pewnym siebie Camusem, czy herbaciarzem -  Gombrowiczem, Iwaszkiewiczem, czy Miłoszem - starszymi panami w marynarkach, dandysowatym Capotem, czy Joyce Carol Oates ze zbytnim wytrzeszczem, albo Tuwimem z myszką - byłaby bezkonkurencyjna.

W dziennikach zresztą zarówno o rozpoznaniu owej próżności, atrakcyjności, pisała otwarcie - a zaraz później ganiac się n.p. za zbytnią skromność i narzekajac na swą nieatrakcyjność. Ta przykładowa, zbytnio już rozwinięta myśl znaczenie ma niebagatelne - w dobie Facebooka i Instagrama - zwrócenie się Sontag do wagi fotografii znaczenie miało wręcz "założycielskie", nie wiemy, czy Instagram bez "O Fotografii" by się obył. 

Sontag nadążała też za duchem dziejów nie tylko technicznie, ale i filozoficznie (kto wie, czy sama Sontag personifikacją ducha dziejowego nie była?) O wojnie w Wietnamie (wspomnianej również w dziennikach) nie tylko krytycznie się wypowiadała, ale podobnie jak n.p. Jane Fonda - która później tego żałowała - sama do Hanoi w Północnym Wietnamie na zaproszenie gospodarzy, w czasie bombardowań amerykańskich się wybierała (nie zapominając wspomnieć o pijanych Polakach w samolocie, grających w karty z pornograficznymi obrazkami, za to w przerwie między - co ich może usprawiedliwiać - burzliwymi rokowaniami nieznanej u nas komisji hindusko-kanadyjsko-polskiej szukajacej drogi wyjścia dla kraju podzielonego amerykańską interwencją, a wcześniej, postkolonialną wojną z Francją). Zniesienie wspomnianego rasizmu zinstytucjonalizowanego, w samej Ameryce jeszcze przez Johnsona, nie zadziałało na świat poza Ameryką - wojna w Wietnamie była tego głównym przykładem - wprawdzie Ameryka oficjalnie wspierała Wietnam Południowy - ale stosunek żołnierzy do północnych Wietnamczyków pełen rasizmu był - a i owszem. Susan Sontag pisze jednak nie tylko o amerykańskiej agresji, ale również o swoich wątpliwościach w jednoznaczenj ocenie Północy - jej specyficznej, totalitarnej czarno-białej wizji świata, która wśród państw komunistycznych również miała miejsce.    

Sontag pisząc nagrodzoną National Book Award "W Ameryce" (2000 ), biografię Heleny Modrzejewskiej skoncentrowaną na jej karierze teatralnej w tournee po Stanach połączonej z romansem z Henrykiem Sienkiewiczem - przyjmuje polski punkt widzenia - rzucajac świetną myśl, że Polak w USA się nigdy nie odnajdzie, bo jest to dla nas kraj zbyt łatwej i naiwnej celebracji sukcesów, podczas gdy dla XIX-wiecznego Polaka ideałem była szlachetna porażka. Myśl ta pozostaje aktualna również dziś.

C.D.N.

17:33, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 lutego 2018

Zdjęcie użytkownika Bulgarski Instytut Kultury.

Bułgarski Instytut Kultury (Al. Ujazdowskie 33/35) zaprasza w sobotę 3.03.2018 o 19:00 na koncert solowy Theodossiego Spasova.

Oto zaproszenie organizatorów:

Z okazji 3 marca – Święta Narodowego Bułgarii, pod znakiem Europejskiego roku dziedzictwa kulturowego Bułgarski Instytut Kultury zaprasza na uroczysty wieczór pt. Jaka jest waga skarbów bułgarskich o wartości niematerialnej. Gość Specjalny: Theodosii Spassov (kawał/flet ludowy). Koncert solowy

"Theodosii Spassov, wirtuoz gry na archaicznym drewnianym instrumencie dętym, zasłynął z oryginalnego stylu muzycznego. Połączył wydobywane ze starych instrumentów tradycyjne bałkańskie rytmy, jazz i muzykę klasyczną, a do tego dodał elementy improwizacji. "Spassov wynalazł nowy gatunek muzyki" - napisał w 1995 r. "Newsweek". - Gram współczesną bułgarską muzykę z tradycyjnymi korzeniami i z nowoczesnymi wpływami - mówi sam mistrz" Gazeta Wyborcza 5.12.2001


WSTĘP WOLNY

16:04, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 lutego 2018

We wtorek 6.02.2018 o godz. 18:00 wernisaż  Arkadiusza Karapudy i Dawida Szafrańskiego w Galerii XXI. 

Oto jak wydarzenia zapowiadają organizatorzy:

 

Arkadiusz Karapuda
FRAGMENTY

Dawid Szafrański
Podgląd

Serdecznie zapraszamy na wernisaż 6 lutego 2018 r. o godz. 18.00

Galeria XX1
Al. Jana Pawła II 36, 00-141 Warszawa, www.galeriaxx1.pl
Wystawy czynne do 2 marca, wt., śr., pt. 11.00-17.00, czw. 13.00-19.00, sob. 11.00-15.00

Arkadiusz Karapuda – ur. w Żyrardowie (1981). Studia na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (2002–2007). Dyplom z wyróżnieniem rektorskim w pracowni prof. Marka Sapetto (2007). Zajmuje się przede wszystkim malarstwem, badając relacje pomiędzy umownością a iluzją w obrębie szeroko rozumianej problematyki przestrzeni i miejsca. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2005, 2014) i laureat Nagrody Marszałka Województwa Zachodnio-pomorskiego na 24 Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie (2012). Prowadzi Pracownię Rysunku na Wydziale Malarstwa ASP w Warszawie. Prodziekan ds. nauki i badań naukowych w macierzystej jednostce, w kadencji 2016-2020.

Na pierwszy rzut oka przedstawiany cykl prac Arkadiusza Karapudy wydaje się abstrakcją geometryczną. Jednak bystrzejszy widz szybko się zorientuje, że to wyłącznie wstępna, złudna ocena. Przedstawiane bowiem przez autora przedmioty już na poziomie wyboru motywów prezentują ostentacyjnie intelektualne postrzeganie rzeczywistości. Potwierdza się to następnie w kontinuum koncepcji, w układzie geometrycznie identycznych sekwencji, gdzie fragmenty układają się w całości, w symetrii poszczególnych ogniw zbioru, tak że w sumie całość cyklu okazuje się niewątpliwie abstrakcją geometryczną, ale złożoną z podpatrzonych w otaczającym świecie detali. Mamy do czynienia z fragmentaryzacją, lecz przeprowadzoną metodycznie, wybiórczo i kompleksowo. 
W prezentowanym cyklu za każdym wyjętym przez malarza z kontekstu urywkiem kryje się rzecz, której jest on, czy być mógłby, niewielką częścią; za fragmentem kryje się całość pozostająca niewiadomą, niepewną, choć domyślną. Autor tak dobiera swoje motywy, by ich przedłużenie poza krawędzią płótna nie było oczywiste, by stanowiło swego rodzaju zagadkę, jak wszystko, co ukryte poza zewnętrzem, by budziło w widzu wątpliwości, doprowadzało go do domysłów i poszukiwań i nigdy nie dawało całkowitej pewności co do pełnego rozwinięcia intencji autora.
Przyglądając się Fragmentom, dostrzegamy ich wysmakowaną geometrię, symetrię, rytmy i moduły, wyszukany koloryt, nietypowo zestawiany, (mono)chromatyzmy, odcienie, obserwujemy zastygłe, jak przystało na bohaterów tych płócien, cienie i światła, podziwiamy zniuansowanie powierzchni, ruchu pędzla, obecność zróżnicowanej faktury, dyskretnych impastów, linearność i bryłowatość, i całą grę przestrzeni, która wielokrotnie zaskakująco wprowadza nas w błąd. To nie jest proste malowanie, to dogłębnie przemyślany zamysł, wyważenie konstrukcji i refleksji, świadomość każdego efektu, to drobiazgowe dopieszczanie Fragmentów i fragmentów. To intelektualne mistrzostwo koncepcji i warsztatowe mistrzostwo wykonania. 
Przy całkowicie poważnym traktowaniu sztuki i kierujących nią idei artystycznych i pozaartystycznych, w malarstwie Karapudy jest wiele przewrotności. Artysta każe się nam domyślać rzeczy najważniejszej: całej reszty. Reszty? Bagatela! Wszystkiego.
(Krzysztof Lipka, „Czego jestem fragmentem?")

------------------------------------------------------------------------------------------

Dawid Szafrański, ur. 1980 w Gorzowie Wielkopolskim. Studia na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu w latach 2001-2006. Dyplom z wyróżnieniem na Wydziale Rzeźby i Działań Przestrzennych, obecnie pracuje jako Adiunkt w 7 Pracowni Rzeźby na Wydziale Rzeźby i Działań Przestrzennych Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu /kierownik pracowni prof. Jacek Jagielski /. W 2013 zrealizował pracę doktorską pt.: „Obiekt i obraz ruchomy – wzajemne przenikanie się obszarów a przestrzeń publiczna” /promotor – prof. Jacek Jagielski, recenzenci – prof. Sławomir Brzoska, prof. Ryszard Ługowski/. Realizowane prace i działania obejmują obszar społeczno-socjologiczny oraz problematykę współczesnych mediów. Zajmuje się rzeźbą, instalacją i video art.
Kurator i aranżer wielu wystaw indywidualnych i zbiorowych, organizator plenerów, warsztatów, członek Brygady Pigmaliona, Komisarz Studenckiego Biennale Małej Formy Rzeźbiarskiej im. prof. Józefa Kopczyńskiego /2015, 2017/. Laureat Medalu Młodego Pozytywisty – 2012. Założyciel i kurator Galerii Sztuki Współczesnej Magiel w Wielichowie – 2016. Obecnie mieszka i pracuje w Wielichowie i Poznaniu.

W realizowanych przeze mnie pracach artystycznych interesują mnie relacje między rzeczywistością, w której funkcjonujemy z obiektami, przedmiotami, znakami, a światem wirtualnym w którym wysuwam na pierwszy plan obraz ruchomy i jego ewolucję. Tworzone przeze mnie obrazy, kreowane sytuacje i anektowaną przestrzeń opieram na wspólnych kontekstach rzeczywistości świata mediów i ich relacji z człowiekiem. Realizowane przeze mnie obrazy wideo są dla mnie przestrzenią godną eksploracji zestawianą z obiektami realnymi. Jednocześnie przestrzenie ruchomego obrazu w odpowiednim zestawieniu treści stają się uzupełnieniem przestrzeni, w której są prezentowane. Granice ekranu − odtwarzanych projekcji nie ograniczają się tylko do wyznaczonych czterech linii tworzących kształt prostokąta, czy inny kształt. Wnętrze ekranu to świat, który podpowiada nam nasza wyobraźnia, oraz adaptacja języka obrazu ruchomego. 

(Dawid Szafrański) 

16:55, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 stycznia 2018

1. "Pamięć" Nadasa

książka 800 stronicowa, cegiełka o Węgrach sprzed sześćdziesięciu lat - o przedrewolucyjnym Budapeszcie, o emigracji do Berlina Zachodniego, ale również o epickiej, barwnej młodości z wątkami homoseksualnymi tak zmysłowo opisanymi, że sam Proust czytałby. 

2. "Diavolina" Gyorgy'ego Spiro

o Maksymie Gorkim z perspektywy służącej; rewolucyjny pisarz walczący z systemem klasowym sam pełni obowiązki dworzanina czerwonego cara, a na dodatek nie rezygnuje ze służby. Gorki i jego dwór ukazani są jako mikro-carska Rosja, reliktowa biała Rosja w czasach galopującej rewolucji. Sam Gorki czytałby. 

3. "Bierut. Kiedy partia była bogiem" Piotra Lipińskiego 

dość nowe spojrzenie na lidera partii, która wprowadziła w Polsce przymusową rewolucję i dokonała przy tym sporo złego - likwidując podziemie niepodległościowe z "żołnierzami wyklętymi" włącznie. Lipiński nie wybiela Bieruta - pisze, że nie poczuwał się za Polaka, ale za komunistę, stąd zarzuty o zdradę i antypolonizm sekretarza były nie tyle obraźliwe, co trafne - Bierut sam czytałby, co może nie jest reklamą, ale Herling-Grudziński może nawet też. 

4. "Kolej podziemna" Colsona Whiteheada

Zwłaszcza rozdział o Karolinie Południowej, gdzie zbiegli czarni niewolnicy żyją na wolności, ale dostają pracę jako aktorzy grający czarnych niewolników w muzeum niewolnictwa w skali 1:1. Baudrillard czytałby. 

5. "Wzgórze psów" Jakuba Żulczyka

Zybork jako Polska odzyskana od Prusów Książęcych, Mazury jako kolejna scena zbrodni, a Żulczyk... Żulczyk czytałby.

6. "Mikrotyki" Pawła Sołtysa

PSL-owiec czytałby.

7. "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcina Wichy.

Skoro nie wyrzucił, to i my nie wyrzucimy. Esej o wymiarze wanitatywnym. Kohelet czytałby.

8. "Ma być czysto" Anny Cieplak

Powieść współczesna młodej dziewczyny z Krytyki Politycznej to dla jednych antyreklama,  dla innych styl życia. Jaś Kapela czytałby.

9. "Locus solus" Raymonda Roussela (1877-1933)

Jedyna książka nieżyjącego autora. Opis życia autora zdawał się ciekawy - książka-parabola o życiu jako cyrku i o cyrku jako życiu. Do przeczytania na czarną godzinę. Fellini czytałby.

10. "Wiosna" Karla Olvego Knausgårda

w przerwie między epicką sagą "Moja walka" Knausgard wydaje w Polsce tetralogię o porach roku. A my kupujemy ją na zapas. Zważywszy na twórcę oryginalnej "Mojej walki" Korwin-Mikke czytałby.

16:47, juliancio.wodnik , Kultura
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 136
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Facebook
Filmy o prekariacie
Idea 4free
Knigi
Leniwiec
Precenzje 4free
Recenzje 4free z 2012 roku
Recenzje 4free z 2013 roku
Recenzje 4free z 2014 roku
Recenzje 4free z 2015 roku
Recenzje 4free z 2016 roku
Recenzje 4free z 2017 roku
Recenzje 4free z 2018 roku
Seriale
Teksty gościnne
Wystawy
Za darmo raz w tygodniu
Zawsze za darmo