Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Blog > Komentarze do wpisu

Krzysztof Zanussi po heglowskim ukąszeniu

"A gdzie Bóg nie ma go. Poszedł zrobić biznes".

Recenzja ne jest wolna od spojlerów.

"Kler" Wojciecha Smarzowskiego składa się z trzech i pół historii o trzech księżach podlegających jednemu biskupowi. Wątki rozgrywane są symultaniczne, dotyczą celibatu, oskarżeń księży o pedofilię, a także kariery w Kościele i tuszowania grzechów Kościoła. Najcięższy z tematów, czyli oskarżenie o pedofilię jest też de facto hardcorowym przypadkiem złamania celibatu, zatraceniem się w grzechu - skoro zbawienie przepada z powodu masturbacji, czemu w grzechu nieczystości zrazu się nie zatracić? A co z ofiarami? Te albo same staną się katami, jak kolejne tury "kotów" w wojsku, czy "cweli" w więzieniach, albo jakoś sobie poradzą (lub nie). Każdy ksiądz ukazany jest  też przy inkasowaniu większej, czy mniejszej sumy pieniężnej, nie można więc mieć wątpliwości, że na jakimś etapie posługi powołanie duchowe zderza się z materią finansową. Ksiądz to zawód jak każdy inny. W obu tego słowach znaczeniu.

Smarzowski nie jest i nigdy nie był przesadnie subtelny, ale w każdym jego filmie pojawiały się motywy bardziej romantyczne - najmniej w "Drogówce", najwięcej w "Róży". W przypadku "Kleru" subtelność występuje w dwóch wątkach głównych (miłości księdza Trybusa do "kościelnej", a także przemianie księdza Kukuły), ale dojście do nich jest bardzo powolne. Po dość komiksowym prologu, w którym następuje prezentacja trójki głównych bohaterów w trakcie nocnej imprezy z piciem wódki i cytowaniem Biblii z pamięci można skonstatować prędzej, że wszyscy ukazani tu księża będą siebie warci - jeżdżą po pijaku, dokonują szafowania sakramentów (namaszczenia chorych i spowiedzi) pod wpływem alkoholu, a także załatwiają lub anulują usługi finansowe w cwaniacki sposób.

Państwo polskie ukazywane przez Smarzowskiego zazwyczaj wydaje się pustynią wartości i więzi, w której najbardziej cwani myślą, że rządzą, albo dobrze sobie radzą po to, by na końcu zostać ukaranym za swoją pychę przez jeszcze bardziej cwanych lub po prostu złośliwych. Pod tym względem można mówić o świecie hobbesowskim w którym wszyscy  są źli, a każdy walczy z każdym. Na tym pustkowiu, gdzie służba publiczna służy utrzymaniu samej siebie - ostatnia  ostoją dobrze uporządkowanych struktur wydawałby się Kościół, ale i ten - jak policja w "Drogówce" jest bardziej reliktem ostatniego przetasowania w hierarchii władzy niż żywym organizmem. 

Nie ma złudzeń - Smarzowski jest fatalistą i z czysto widzowskiego punktu widzenia oglądanie jego filmów jest psychoterapią pozbawioną katharsis, czyli taką, po której odechciewa się żyć; duchową odmianą eutanazji. Widz jest jak pacjent, który poznaje historię swojej choroby, ale zamiast dojrzeć do samoświadomości i poznana swoich błędów - utrzymany jest w stanie, że jego własne słabości są niczym w porównaniu ze złem świata. Stąd teza jest ryzykowna - lepiej pielęgnować własne grzechy, bo i tak są one słabsze niż grzechy świata? Nie każdy taką gorzką pigułkę przyjmie bez zastrzeżeń. Można więc przesłanie filmu rozpracować alternatywnie z tych momentów, kiedy Smarzowski rezygnuje z komizmu i uderza w najcięższe tony - wyznań ofiar księży pedofilów przed kamera video.

Tak jak wyrzucanie śmieci do lasu w "Drogówce" - tak tutaj pedofilia utrzymywana w zatajonej atmosferze kościelnej - ukazana jest w sposób typowy dla sygnalisty - t.j. - zjawisko takie występuje, więc reżyser je - z interwencyjną misją - ukazuje, trochę jak reportażysta, trochę jak Stendhal - gdzie powieść (film) jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu. Tak jak Julian Sorel w "'Czerwone i czarne" mota się we własnych sieciach i kopie się z koniem na końcu tracąc głowę, tak i tutaj każdy sygnalista ponosi klęskę. Żaden ksiądz-sprawca nie jest w filmie Smarzowskiego ukarany - jeden sygnalista za to z posługi rezygnuje, a inny (trzecioplanowy) po zwierzeniu się ze swoich duchowych problemów koledze - przy posłudze decyduje się zostać.

Może właśnie ten ostatni, wikary - postać żywcem wyjęta z filmów Zanussiego - najlepiej oddaje nastrój Smarzowskiego odnośnie religii jako takiej - jest ona kwestią duchową i indywidualną, a człowiek jest słaby, nawet gdy walczy. Jest więc Smarzowski takim Zanussim po ukąszeniu heglowskim - wiara człowieka nie może być już dziecięco naiwna, gdy zdaje on sobie sprawę z kuszącej retoryki zła, z walki klas i ze wspomnianej hobbesowskiej teorii walki każdego z każdym.

Wzruszająca scena "Kleru" to msza, w której ksiądz dokonuje wyznania przed swoimi wiernymi parafianami, choć nie jest to takie wyznanie, jakiego oni od niego oczekiwali. To właśni owo niespełnione katharsis - zaraz po nim następuje druga msza, może czarna msza, w której wszelkie grzechy Kościoła zostają  przykryte tacą, a ofiara dokonuje się nie na ołtarzu, ale wśród milczącego tłumu. 

środa, 03 października 2018, juliancio.wodnik

Polecane wpisy

  • 34. WFF - Nie marnuj jedzenia.

    Dokument - sylwetka, czyli dokument hagiografia. Tegoroczna edycja WFF niespodziewanie zaowocowała hagiografią. Ronni Kahn, australijska działaczka i twórczyni

  • Gitary z Carmine Street

    Lifer -(czyt. [lajfer], dożywotnik) - skazany na dożywocie, ale też osoba całe życie pracująca w jednym zawodzie, w jednym miejscu pracy. Rick Kelly  (p

  • Mishima - cz. 2 - okrucieństwo nie do przyjęcia

    kadr z epizodu "Złota Pagoda" z filmu Paula Schradera "Mishima" (1985). Yukio Mishima - pisarz odświeżony nam ostatnio przez wznowioną przez PIW "Złotą pagodę"