Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Blog > Komentarze do wpisu

Wzgórze psów - kryminał społeczny i pamflet na U2

Obraz może zawierać: 1 osoba, pies

Doceniona tegoroczną Nagrodą Literacką m.st. Warszawy, nominowana i zaliczona do półfinału wrocławskiego Angelusa (z dalszymi szansami) powieść Jakuba Żulczyka to parząca cegła, którą w zeszłym roku przerzucano sobie z  rąk do rąk niczym w "Człowieku z marmuru". "Wzgórze..." ma cechy typowe dla debiutu niezależnej sztuki po 1989 roku - nieważne, czy mówimy o literaturze, teatrze, czy o filmie (bliskim twórcą byłby tu Przemysław Wojcieszek) - chce powiedzieć wszystko o wszystkim. Żulczyk ukazuje tu warmińsko-mazurskie jeszcze nie miasto i już nie wieś, gdzie diabeł mówi dobranoc, ale czyni to szeptem, w sposób na tyle powolny i - początkowo - dość intymny, że nie od początku wyczuwalny jest kryminalny gatunek powieści, która przez pierwszą ćwierć przypomina raczej społeczną.

Głównymi bohaterami są Mikołaj i Justyna - małżeństwo pisarza z warmińsko-mazurskiego i warszawskiej dziennikarki, które z powodu niewydolności finansowej grożącej utratą mieszkania kupionego na kredyt, decyduje się na wynajęcie go cudzoziemcom i powrót do rodzinnego miasta małżonka - do tak tu nazywanego Zyborka (chyba Malbork + cyborg).

Mikołaj i Justyna są parą po przejściach - on miał przeszłość związaną z używkami, ona zdradziła męża ze swoim redaktorem. Zasadniczym i często tu rozpamiętywanym bólem jest też utrata pierwszej dziewczyny Mikołaja, Darii jeszcze w roku 2000 - trauma, która dręczy Mikołaja przez kolejne kilkanaście lat. Mikołaj wydał w zasadzie tylko swój debiut, w którym przedstawił zresztą swój rodzinny Zybork. Później wyjechał, ale dopiero teraz, po powrocie zdaje sobie sprawę, że demony, które wywołał swoją powieścią wciąż żyją i dalej oddziałują na jego najbliższych - owdowiałego ojca i opuszczonego przez żonę brata. 

Ojciec Mikołaja to samotny kowboj, który broniąc racji syna - ukazanych w jego debiucie - opiera się lokalnej klice - pani burmistrz, Kaltowi - hersztowi mafii i wielu pomniejszym kombinatorom. Brat Mikołaja to życiowy przegryw - zadłużony po uszy, uzależniony od hazardu, zadzierający z niewłaściwymi ludźmi.

Żulczyk zarysowuje spektrum ludzkie z breughlowską finezją, powieść rozszerza się na dość wiele pól, od warszawskiego światka (z Mordorem, który jest tu nie wiedzieć czemu wilanowskim osiedlem mieszkaniowym, a nie biurową ulicą Domaniewską), przez ludzi lasu, bandytów żyjących z noża, targanych wątpliwościami księży, byłych pedofili, opuszczane kobiety, zdradzanych mężów, wychowujące się bez któregoś z rodziców dzieci, londyńskich emigrantów, scenę muzyczną z przełomu mileniów, przydrożne motele, zamkowe ruinki przejmowane przez bogaczy prowadzących podejrzane interesy, społeczność Romów, trzaskanie aut z Niemiec, detaliczny handel narkotykami (aluzja do "ślepnąc od świateł", poprzedniej książki Żulczyka, gdzie narratorem był diler).

Przy tak szerokim tematycznym rozjeździe prędzej czy później musi nastąpić zjazd - zawężenie tematyki powieści i to wypada dość niesatysfakcjonująco - jak wyjaśnienie zagadki śmierci Darii, czy przetrzymywanie porywanych ludzi w tajemniczych kanałach (aluzja do głośnego porwania syna biznesmena sprzed półtorej dekady) - trąci to naturalnie prozą gatunkową tak mocno, że zdaje się, że Żulczyk cytuje tu już nie klasyczny Twin Peaks, ale sam siebie - z pierwszego sezonu Belfra, też dziejącego się na Warmii i Mazurach (powieść powstawała mniej więcej w tym samym czasie). 

W efekcie ze "Wzgórza..." pozostają głównie językowe smaczki, kilka sucharów (głownie nabijanie się z U2), ciekawie zarysowana relacja ojca i synów, a także czytelnicza satysfakcja przeczytania cegły.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018, juliancio.wodnik

Polecane wpisy