Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Blog > Komentarze do wpisu

Kolej podziemna - Django au rebours

piękna mapka autorstwa własnego (Paint + mapa z Wikipedii)

„Kolej podziemna” - Colsona Whiteheada to powieść, która za oceanem zrobiła dużo stukotu. Awanturniczy wiek XIX w kulturze amerykańskiej kojarzony z narodowym gatunkiem jakim jest western, a także z nieodłącznymi łowcami głów, kowbojami i posiadaczami wielkich przestrzeni – laureat Pulitzera i National Book Award ukazał z perspektywy niewolników przykutych do ziemi. Jest w tym surowym spojrzeniu jednak coś nieoczywistego, przekornego. Tak jak amerykańscy czarni bądź latynoscy futboliści przyklękający lub ostentacyjnie przysiadający na dźwięk hymnu amerykańskiego – tak Whitehead buntuje się przeciw zastanej rzeczywistości i – prawem pisarza – zmienia ją, opisuje po swojemu i reinterpretuje.

Sama historia opisana w „Kolei podziemnej” jest dość pretekstowa – para amerykańskich, czarnych rolników, a przy tym niewolników postanawia uciec z pola i z plantacji, co przemyślawszy tak właśnie czyni. Uciekają przez pięć stanów Konfederatów: Georgię, Karolinę  Południową, Karolinę Północną, Tennesse i (jak widać na rysunku) zasadniczo przez Kentucky, w książce jednak niewymienione - by dotrzeć do należącej do Unii Indiany

To, co stanowi o wyjątkowości prozy Whiteheada to ahistorycyzm. Podobnie jak w "Django" Quentina Tarantino ukazana jest w sposób skrajny ofensywa, a tytułowy niewolnik buntuje się przeciw latyfundystom i - wyzwolony przez przyszłego wspólnika, doktora Schultza zabija złych, białych ludzi - tak w "Kolei podziemnej" przerysowano defensywę, ukazując ucieczkę w sposób niemalże histeryczny, fizycznie niemożliwy do wykonania, do przetrwania, czy do zrealizowania. Cierpienia czarnych, zarówno te, które oni sami przeżywają, jak i te, których niestety nie przeżywają, bo giną - są ukazane jak "Pasja" Gibsona, "Zniewolony" McQueena czy jak Tarantinowskie tortury w "Django" właśnie. Również gigantomanii ulegają obyczaje białych - jak beztroskie wysiadywanie białych na ganku podczas Boschowskich, Goy'owskich, czy Dantejskich tortur zbiegłego i schwytanego niewolnika.  

Niestety, sama martyrologia w pierwszym rozdziale, czyli w Georgii, jak i później, w Karolinie Północnej - gdzie dokonuje się egzekucji skazanych - najzwyczajniej w świecie męczy. Nie tylko człowiek ma swój próg bólu, ale i czytelnik - tym bardziej, że cierpieniu u Whiteheada nie towarzyszy później ani ekspiacja białych, ani chociażby równie satysfakcjonująca emocjonalnie zemsta czarnych.

To, co więc stanowi jedyną dla mnie jasną, oryginalną i uniwersalnie aktualną stronę "Kolei podziemnej" to epizod w Karolinie Południowej. Tu - moim skromnym zdaniem - ale też niestety - tylko tu - ocieramy się o literaturę naprawdę wielką, coś na kształt powieści latami wypatrywanej, czy artystycznej symboliki, która oddaje coś, czego prawda oddać nie potrafi.  

Otóż rzeczywistość zastana w Karolinie Południowej to hybryda XIX wieku, początku XX wieku i czegoś w rodzaju Baudrillardowskiej idei symulakru, a więc lata 80. XX wieku. co najmniej. Whitehead opisuje bowiem fikcyjne muzeum niewolnictwa w skali 1:1, w którym główni bohaterowie, zbiegowie znajdują schronienie i pracę. Pomimo tego, że muzeum owo tylko udaje sposób funkcjonowania niewolnictwa, pracujący w nim aktorzy-niewolnicy muszą wykonywać bez granic wyznaczone im niewolnicze zadania. Po pracy wracają do domu, ale ich praca jest pracą niewolniczą i pracą stałą, bo taki jest jej ustalony charakter, przy czym jednak udawanie niewolnictwa zaczyna przyjmować coraz bardziej nieodwracalne zabiegi (n.p. sterylizację), a jedyną de facto pozostawioną wolnością jest możliwość porzucenia pracy i dalszej ucieczki, czyli ostateczna różnica między niewolnictwem a udawaniem tegoż zostaje zatarta. Mapa staje się terytorium.

To w tej pojedynczej fantazji, którą Whitehead porzuca później na rzecz tradycyjnej opowieści ze zwrotami akcji (niewolnik ginie po drodze, niewolnicę ściga łowca głów, dogania ją ale zostaje ona odbita przez innych zbiegów; niewolnica ulega też przemianie - radzi sobie z wyrzutami sumienia po zranieniu oprawcy; staje się wolną dosłownie i w przenośni) Whitehead przechodzi do historii  literatury; przenosi literaturę z półki beletrystycznej na półkę filozofii, zamiast kształtować narrację powieści, kształtuje Wielką Narrację, w sensie polityczno-społecznym. Symulakr z Karoliny Południowej to nie tylko czarni w Ameryce. To my dziś. Kapitalizm wyzwolony (dzięki wojnie secesyjnej) od dosłownego niewolnictwa przerzuca się na niewolnictwo kontraktowe, umowy śmieciowe niedające pewności zatrudnienia lub na na pracę dla jednej korporacji przez całe życie - dające tę pewność aż w sposób przesadny. Granice między tym, co jest, a tym co było i może powrócić rozmywają się. 

Oczywiście jest u Whiteheada inny ahistorycyzm - tak jak w Django, który wysadził łowców głów dynamitem - wynalezionym dekadę później - tak w "Kolei podziemnej" fałszywa jest sama, tytułowa kolej podziemna - przy czym jest ona fantasmagorią opartą na niezrozumiałym u nas kontekście - mianowicie na fakcie, że w Ameryce "Underground Railroad" znaczy w przenośni system pomocy okazanej przez Północ i ludzi dobrej woli - czarnym z Południa. Na zniesieniu słowa "niewolnik" w opisie czarnych z Południa - bo niewolnikami są oni dla Południowców a więc dla oprawców - dla braci i ludzi dobrej woli z Północy, a także dla siebie wzajemnie są wszak dalej wewnętrznie wolni, ale są też potrzebujący. Whitehead mimo, że nie szczędzi miejsca na opisy fikcyjnych, podziemnych tuneli i stacji-widma przypominającej czyściec-poczekalnię z "Matrixa : Rewolucji" oszczędnie ukazuje pomagających ludzi, by to nie oni przykryli bądź zdominowali tę narrację - tak więc tytułowa kolej podziemna ukazana jest w zasadzie (nie licząc dwóch-trzech maszynistów) bezosobowo, pozostaje wielką tajemnicą.

"Kolej..." to amerykańska książka roku - wyjątkowo szybko, bo z marszu przełożona na polski mogłaby być i książką roku w Polsce, niestety - mamy swoje własne, nieprzetrawione problemy - i dobrze, gdyby polska literatura odniosła się do nich w sposób równie brawurowy.     

środa, 08 listopada 2017, juliancio.wodnik

Polecane wpisy