Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Blog > Komentarze do wpisu

"Hell on wheels" - czyli Tomek i nieprzyjaciele

 

Budowa transkontynentalnej kolei w XIX wieku to proces dość obrazowy, ale i dynamiczny. Na temat serialu nadaje się wręcz idealnie. Stwarza potencjał kręcenia każdego odcinka w innym miejscu. Bohaterem serialu może być sam ruch, a jego partnerką - zmiana. W znanych westernach (jak "Dawno temu na Dzikim Zachodzie") motyw budowy kolei przewijał się raczej w tle, a nie jako główny wątek, służył symbolicznemu ukazaniu końca Dzikiego Zachodu... Tam gdzie zaczyna się cywilizacja, kończy się bezprawie, kultura eliminuje naturę, przepisy (ruchu kolejowego) kończą stan bezprawia. A to w kontekście meta-filmowym symbolizować może równie dobrze koniec westernu jako filmowego gatunku. Wydawałoby się, że t.zw. antywestern powstający na przełomie lat 60. i 70. ("Mały-wielki człowiek", westerny Sama Peckinpaha, "Człowiek w dziczy") przenicował już mity Ameryki, ukazując jej XIX-wiecznych pionierów jako bandę kolonizatorów, okupantów, krwiopijców i psychopatycznych szaleńców. W "Hell on Wheels" ten dawno, zdawałoby się, zburzony mit jest odbudowany, a w zasadzie pokazany jako nietknięty, jakby nigdy nic.

Główny bohater jest Konfederatą,  jak w "Przeminęło z wiatrem" klasycznie, choć pod prąd obecnych wyobrażeń, ustawiającym narrację "wykluczonych" i "przegranych" wojny secesyjnej jednoznacznie po stronie Północy. Western w konwencji konfederaci-dobrzy, jankesi-źli to, przynajmniej w wydaniu "Przeminęło z wiatrem" niemalże western wzorcowy. Dziś, po wysypie filmów o rasizmie na Południu w połowie XIX wieku, przed, czy po wojnie secesyjnej (poczynając od "Chwały" Edwarda Zwicka, przez "Zniewolonego" Steve'a McQueene'a, "Lincolna" Stevena Spielberga, czy dwa filmy Tarantino, "Nienawistną ósemkę", czy "Django unchained") wzór zdawałby się wręcz odwrotny. Tak czy inaczej ponowne odwrócenie czarno-białego podziału jest symptomatyczne. Trzeba jednak usprawiedliwić stację AMC - nikt nie byłby dziś na tyle naiwny, by uwierzyć, że wszyscy po jednej stronie byli "ci dobrzy", a wszyscy po drugiej - "ci źli". Twórcy ukazują więc Konfederatę, Cullena Bohannona jako człowieka zasad, na tyle charyzmatycznego, że przechodzącego z antybohatera, jakim się wydawał na początku w nowego herosa. Herosa, gatunku, który już nie istnieje.

Tak, "Hell on wheels" trąci kiczem, a zęby zgrzytają czasem zębami niczym hamujący pociąg. Serial zaczyna się od sceny spowiedzi w konfesjonale, w której to pewien Jankes wyznaje czynny udział w zbrodni wojennej (we właśnie zakończonej wojnie secesyjnej) - popełnionej na rodzinie Konfederatów. Rzekomy ksiądz przystawia konwertycie lufę od pistoletu do głowy (przez okienko konfesjonału - a jakże) - i niszczy go jednym strzałem. To nie żaden ksiądz, ale ojciec zabitej przez prawie-nawróconego łotra rodziny, Konfederata, Cullen Bohannon (Anson Mount).

Przez pierwszy sezon Cullen mści się na mordercach (pif-paf) i w poszukiwaniu ostatniego z nich dociera na budowę kolei (fascynujące i bardzo odkrywcze, prawda?). Tam spotyka dwie nieszablonowe postaci, które jako tako będą bronić serial. Pierwszą z nich jest Thomas Durrant (postać prawdziwa, grana przez irlandzkiego aktora charakterystycznego Colma Meaney'a - w sposób mistrzowski), zastępca szefa Central Pacific Union, drugą Thor Gundeslen (Christopher Heyerdahl). O nich zaraz.

Kilka wątków z t.zw małych historii rozwija główną opowieść - mniejszości etniczne czarnych (Elam Fergusson - w tej roli Common i Psalms - w wykonaniu Dohna Norwooda), Irlandczyków (bracia McGuiness - Phil Burke i Ben Esler), czy asymilujących się wśród pionierów rdzennych Amerykanów (Eddie Spears), a w ostatnim sezonie -nawet drążących tunele Chińczyków (Byron Mann i Angela Zhou). Są księża protestanccy, katoliccy i mormońscy. Każda grupa ma najczęściej po dwóch reprezentantów - gdy jeden ginie lub zbacza na złą drogę, pozostaje drugi - by oskarżenia o faworyzowanie lub dyskryminowanie ras i narodów były bezzasadne. 

Oczywiście, jak to bywa w serialach z przemocą jako główną bohaterką płci żeńskiej, kilku bohaterów musi zostać eksterminowanych w połowie serialu w sposób tyleż zaskakujący, co epicki, ale i czasami... niepotrzebny - Elam Fergusson wydawał się wręcz bohaterem pierwszoplanowym - przynajmniej po tym,  gdy Cullen dokonał już zemsty a serial stracił pierwotną opowieść. Gdy Cullen budował z nim kolej, przybijając szyny młotem ramię w ramię - serial, kiczowaty jak cholera, był przynajmniej o czymś - rozwijał drugą opowieść; Gdy Elam zniknął - serial stracił już nie tylko opowieść, ale stabilność, jedną nogę. Bez równoległego partnera bohater jest nijaki, nie wiadomo, czemu jego historia służy - toteż jedynymi istotnymi postaciami zdają się wciąż Szwed i Durrant.

Durrant jest postacią tak oczywistą i ważną, że pozostawię go na koniec.

Szwed -w wykonaniu Heyerdahla zagrany jest w sposób nie do podrobienia. Aktor podobno miał zagrać w dwóch, trzech odcinkach - Szwed stał się jednak na tyle ważny, a sam Heyerdahl zagrał go w tak oryginalny sposób, że w zasadzie ukradł serial.

A co robi Szwed na Dzikim Zachodzie? W rzeczywistości to Norweg, ale nazywany jest tak przez ignoranckich Amerykanów ze względu na swój skandynawski akcent. Motyw ten przypomina nam o mniej oczywistych westernach z lat 70. -  dyptyku szwedzkiego reżysera Jana Troella z Maxem von Sydowem w roli głównej - "Emigranci/Osadnicy" - o osiedlaniu się Szwedów właśnie i budowaniu przez nich osad w Ameryce XIX wieku.

Heyerdahl ma w sobie coś z Sydowa -  jego patos wtedy, gdy bohater jest silny - ale i rodzaj smutku, sentymentu - z ostatnich filmów aktora, gdzie najczęściej osadzony w epizodycznej roli nauczyciela znającego swój koniec, szybko ginął po to, by uczeń mógł pomścić go, osiągając dojrzałość po krótkiej roli nauczyciela ginął on marnie, ("Sędzia Dredd" jeszcze z lat 90., "Gwiezdne wojny VII", "Gra o tron 6"). Scenarzyści przeciągają jednak jego postać przez tak liczne transformacje, że aktor ma pole do popisu niczym Bryan Cranston w "Breaking bad", oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji. Szwed najpierw jest kierownikiem budowy kolei, następcą zabitego przez Cullena Jankesa (Buffallo Bill z "Milczenia owiec", czyli Ted Levine - mający swój gościnny występ w pilocie), później równorzędnym konkurentem Cullena w kierowaniu budową kolei, w drugim sezonie-grabarzem, strąconym aniołem przypominającym mściwego, ale i smutnego miltonowskiego szatana, czy zarośniętym uciekinierem-pustelnikiem w sezonie 3, fałszywym pastorem w sezonie 4, nawróconym pastorem w sezonie 5 i na koniec wyklętym, stuprocentowym poszukiwanym bandytą w finale.

By nie napisać po prostu, że "Hell on wheels" to po prostu sześćdziesiąt godzin zmarnowanego życia - czas kolejne koło ratunkowe produkcji - na Thomasa Durranta.

Thomas jest zarozumiały, nadęty,  jak Gruby Zawiadowca z "Tomka i przyjaciół" ("H.o.w." niewiele się różni od bajki dla dzieci), z tym, że nie jest tak, że jego działania są respektowane absolutnie przez wszystkich. Durrant jest też wizjonerem, jedyną postacią, która realnie chce skończyć budowę koeli - zgarniając jednocześnie z pieniędzy federalnych ustalone kwoty za każdy kilometr linii ciągnącej się przez całe Stany. Robotnicy jednak rzadko kiedy widzą swoje pieniądze, bo ich wypłaty Durrant inwestuje w rzadko kiedy legalne operacje, umożliwiające mu dalszą budowę. Durrant zdobywa inwestorów, oszukuje ich, pozyskuje nowych, częściowo spłaca starych  i coraz bardziej zadłużony, kieruje budową dalej. 

Durrant ma posłuch wśród czarnych robotników, bo choć jest biały, szanuje ich na tyle, na ile musi - nie mówi do nich, ani o nich językiem pogardy, ale z lekką nutką postkolonialnej wyższości - n.p. zapomina ciągle imię Psalmsa, głównego czarnego bohatera.  Wątek Durranta jest tak naprawdę wątkiem o budowie Ameryki - dlatego jest w sumie wątkiem najważniejszym, bijącym na głowę nawet Bohannona. Durrant, podobnie jak Szwed, to postać smutnego szatana, który kusi ludzi, mami ich, sprowadza na złą drogę, albo do bankructwa; widzi ich klęskę, ale samemu nie ma z tego ani satysfakcji, ani niczyjego "dziękuję" - mimo to bez niego dobro nie ma równowagi.

Na jego tle Bohannon, archetyp wykorzenionego pana na gospodarstwie, który pracuje dla domu, choć już nie ma domu - musi być oczywiście archetypem nudnego, bo idealnego, szlachetnego amerykańskiego boga - który też wszak stracił syna; jako postać po przejściach jest jednak niezłomny, z własnym kodeksem wartości, którym zaraża wszystkich dookoła - niepokorni mu muszą ulec, albo spaść do piekieł - jak Durrant zamykany co i rusz w więzieniu, czy Szwed - snujący się jako wspomniany pustelnik, czy grabarz.  Niezłomność moralna Cullena, który - oczywiście ma swoje błędy - ale mówi o nich  szczerze - jest w pewnym sensie nieznośna, ale w 100 % westernowa - w żadnej innej formule gatunkowej by się nie sprawdziła. Zdolny przebaczać, zdolny gładzić. Cullen, który raz stracił rodzinę, ma zadatki do jej ciągłego ponownego tracenia - przez zakończony brutalnie za sprawą Szweda romans z wdową po architekcie kolejowym (Dominique McElligott), biały romans z córką pastora i późniejszą pastorką (Kasha Kropinsky), czy nową żoną - mormonką. Przypięty romans z Chińczykiem, który okazuje się ukrywającą płeć Chinką (Angela Zhou) nie pasuje do jego postaci, a domniemany happy end (Cullen płynie statkiem do Chinki) z powiewającym na wietrze płaszczem - to zakończenie typowo hollywoodzkie.

Reasumując = "Hell On Wheels" - który ostatecznie się zakończył - zdążył pozamykać wszystkie swoje wątki i tym samym, w odróżnieniu od n.p. "Deadwood" - jest pierwszym od dawien dawna serialowym westernem z początkiem i końcem, zwartą opowieścią. Nie jest tak, że nie mówi on o narodzinach USA zupełnie nic nowego - jego formuła jest dosyć otwarta, są tu i komediowe epizody i moralizatorskie wtręty, i bitwy, i reportaże historyczne, i  soczyste postaci, i schematyczne kukły -  ale nie stanowi on mimo wszystko kamienia milowego w tym gatunku. Mimo to - dla koneserów gatunku jest to kilkadziesiąt godzin do przetrawienia - albo dla tych, co serialu nie zamierzają oglądać - tytuł, który mogą po prostu przyjąć do wiadomości.

*

Jako że piszemy głównie o Warszawie - wrzucamy zdjęcie pomnika kolei z ulicy Okrężnej niedaleko Jeziora Czerniakowskiego

środa, 31 sierpnia 2016, juliancio.wodnik

Polecane wpisy

  • Mishima - cz. 2 - okrucieństwo nie do przyjęcia

    kadr z epizodu "Złota Pagoda" z filmu Paula Schradera "Mishima" (1985). Yukio Mishima - pisarz odświeżony nam ostatnio przez wznowioną przez PIW "Złotą pagodę"

  • Wahadło Eco Foucaulta

    Umberto Eco w swoim "Supermanie w kulturze masowej" analizował fenomen sentencji odwracalnej, którą można cytować zarówno w formie pierwotnej, jak i zanegowane

  • Nowe kino chińskie w Kinie Kultura

     Program: Wtorek 26.06. REJS 18.00 – „Xie Yaohuan”, 2017, reż. Ma Chongjie, 118 min 20.15 – „ Moja wojna ” (My war