Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Blog > Komentarze do wpisu

Vinyl - czyli zmarnowana szansa na mądrą opowieść o latach 70.

Pierwszy sezon „Vinyla”, zakończony jeszcze przed szóstym sezonem „Gry o Tron”, zniknął trochę w jej cieniu. Warto jednak wrócić do tego o czym on opowiada. Pośród tegorocznych serialowych "debiutów" jak na razie nie ma on sobie równych.

„Vinyl” to osadzony w latach 70. serial o samych ... latach 70. O ich muzyce, o rynku muzycznym, o producentach i znanych, prawdziwych muzykach, jacy w tym czasie wypływali. Wszystko to, co docierało do nas z Ameryki w tej dekadzie to (poza filmami) właśnie muzyka, a także specyficzny styl ubierania się i czesania, spodnie dzwony, kolorowe koszule, niesforne fryzury. To wszystko w serialu jest. Ale to tylko moda, nic więcej. Trochę tak, jakby twórcy "Vinyla" zapomnieli, że 70. to znacznie więcej... Traktować ten ciekawy czas w ten sposób to tak, jakby cenić Biblię za idealnie cienki papier do robienia skrętów. 

Samemu będąc z dekady późniejszej nie mogę mówić, bym wspominał te lata z sentymentem, czy nostalgią, bo nie mogę wspominać ich w ogóle. Jednak, gdy oceniam same filmy hollywoodzkie z tamtych lat, stwierdzam, że właśnie przełom lat 60. i 70. to jedyny okres, który mnie w kinie tak naprawdę interesuje – jako okres właśnie.  Ponadczasowe filmy z lat poprzednich – o ile właśnie dlatego dobre, że ponadczasowe, wybijały się pomimo swoich czasów – tak te z lat 70. - właśnie dzięki nim.

Dlaczego? Zanim napiszę o "odrodzeniu" kina w latach 70. – muszę powiedzieć o jego śmierci, a skoro o jego śmierci – o wcześniejszym życiu.

Kino amerykańskie miało się wbrew pozorom całkiem dobrze w latach 40. kiedy to święciło tryumfy kino noir, które w dość poważny sposób opisywało rzeczywistość. Podobnie seria powojennych dramatów zaangażowanych społecznie, pokroju filmu o alkoholizmie: "Stracony weekend", czy powojennych "Najlepszych lat naszego życia". Zupełnie nieznośnym jednak był kodeks Hayse'a*, który choć działał wcześniej, to zaczął się odbijać na jakości filmów dopiero po dość dłuższym okresie, spowodowanym w dużej mierze przestojem i wyczerpaniem się sposobów jego omijania w granicach prawa.

Uściślijmy. Kodek Hayse'a miał bezpośrednie przełożenie na jakość filmów hollywoodzkich i nie ulega to żadnej wątpliwości, ale przez jakiś czas filmowcy jakoś sobie nie tyle z nim, co ze swoimi filmami radzili. Dopiero po dwudziestu latach nastąpiło zmęczenie i kryzys, w związku z którym od początku lat 50. do drugiej połowy lat 60. dobrych amerykańskich filmów było stosunkowo niewiele – na tle wcześniejszych i późniejszych lat, a filmy wybitne z tego czasu można policzyć na palcach dwóch rąk, a może i ręki jednej: "Dwunastu gniewnych ludzi" Lumeta, filmy Kubricka, niektóre Hitchcocka, czy Billy'ego Wildera.

Europa w tym czasie prześcigała Amerykę, to Brytyjczycy wymyślili Bonda – niepoprawnego politycznie, łajdackiego, hedonistycznego bohatera, który cynicznie i niepoprawnie politycznie traktował kobiety, gejów, a bywało i, że obcokrajowców; zabijał w służbie swojemu krajowi, w dodatku wiódł życie playboya, zmieniał kobiety, kraje, drinki i samochody. Uosabiał amerykański tryb życia – ale jako agent brytyjski dbał o pozory manier i traktował swoją pracę serio.

Bond – będący brytyjską parodią Amerykanina był zarazem prototypem bohatera kina akcji, jak i kina bezrefleksyjnego, ale jakże satysfakcjonującego masy.

I nagle buch! – koniec lat 60. "Swobodny jeździec", "Nocny Jeździec" i "Absolwent" - filmy łamiące obyczajowe normy, ukazujące ludzi zagonionych w swojej normie i przełamujących samych siebie. Kolejne filmy takie jak "Narkomani" Schatzberga ukazujące tytułowy problem społeczny od jednej strony a "Francuski łącznik" – od drugiej, podobnie "Serpico" prawiący o korupcji policji, "Sieć" i "Pieskie popołudnie" o korupcji mediów, a "Rozmowa" i "Wszyscy ludzie prezydenta" – o korupcji polityki.

Wszystkie oscarowe filmy z tej dekady to praktycznie niepowtarzalne perełki. Ojcowie chrzestni, „Francuski łącznik”, „Annie Hall”, „Łowca jeleni”, "Rocky", „Lot nad kukułczym gniazdem” - nie ma w tym szeregu filmu średniego, czy przestarzałego, to po prostu klasyki. Nawet w filmach mniej spektakularnych takich jak „Strach na wróble”, „Narkomani”, czy „Serpico” (wszystkie z Alem Pacino) – czuć było zaangażowanie społeczne, bohaterów nieszablonowych, aktorów wcale nie modeli, ale wyglądających na zwykłych ludzi (Jack Nicholson, Dustin Hoffman, Gene Hackman, Al Pacino i Robert De Niro to – moim zdaniem piątka najlepszych aktorów w ogóle – wszyscy wypłynęli na przełomie poprzedniej i na początku tej dekady. Ich filmy zaczęły nie tylko przechodzić z marszu do klasyki kina, ale stały się filmami kultowymi, wielokrotnie oglądanymi, cieszącymi oko i ucho, nie z powodu eskapizmu, przestarzałej metody uszczęśliwiania widowni nieszczęsnymi musicalami, ale pokazywania im sytuacji ekstremalnych, ale też tych z ich własnego życia.

Co do estetyki, czyli buntowniczej formy lat 70, to jej istota wynikała z zerwania z manieryzmem. Przemiany obyczajowe, które dopiero co zaszły w Ameryce, inspiracja Nową Falą i neorealizmem włoskim, a także kinem psychologicznym Bergmana, czy Bunuela to główne przyczyny odrodzenia kina USA. Kino po zapadnięciu się w sobie i ściganiu własnego ogona w nieznośnych musicalach lat 60. powróciło do drogi eksperymentu i oddziaływania społecznego – nieskrępowane już kodeksem Hayse'a. Otwarcie "Maratończyka" to celna diagnoza zmęczenia wieczną wojną - reakcja także na Wietnam, który powracać będzie w wielu filmach, przez "Taksówkarza" (Travis to weteran z misji na Półwyspie Azji Południowo-Wschodniej), "Oswobodzenie" (wyprawa rzeczna to aluzja do Wietnamu) aż po opus magnum lat 70., czyli "Czas Apokalipsy" z kultową muzyką Doorsów.

"Ulice nędzy", czy"Ojciec chrzestny" niezależnie od siebie prawiły o przestępczości, ale i o upadku człowieka, czy to wśród nizin społecznych i ludzi pozbawionych perspektyw, czy u szczytu bogactwa i władzy. Filmy te opisywały rzeczywistość, na zmianę dodawały jej majestatu i turpizmu.

Kino musi jednocześnie pokazywać rzeczywistość, jak i lekko ją odmieniać. Możliwe, że zbyt poważna, depresyjna tematyka filmów lat 70. spowodowała odwrót w stronę kina Nowej Przygody, eskapistycznego, ale za to pełnego akcji, przygód i nie tak znowu głupiego scenariusza, czy nudnych bohaterów; przy całym sceptycyzmie wobec "Szczęk" i "Gwiezdnych wojen" nie sposób odmówić bohaterom skomplikowanych - jak na kino akcji tożsamości, czy prymatu inteligencji i siły woli nad szczęściem, czy fizycznymi cechami. Ta psychologiczna siła pojedynku człowieka z rekinem, czy zmaganie się Luke'a z własnym ojcem – to tonacja, którą kino rozrywkowe zawdzięcza podwyższonym standardom kina lat 70.

Dzisiaj w "Transformersach", "Szybkich i wściekłych", czy w "Niezniszczalnych" Stallone'a nie może być mowy o gdybaniach robota nad własną tożsamością (jak w "Łowcy androidów" – "T4", czyli czwarta część "Terminatora" to wyjątek). Jeszcze Oscarowy "Rocky" – ze Stallone dbał o ukazywanie bohatera jako sympatycznego chłopaka z nizin, ale wspomniany Vin Diesel, czy Punisher: War Zone wolą napierdalać przeciwnika niż rozprawić się z nim w sposób inteligentny, psychologiczny.

Filmy retro, które odwołują się do lat 70. w sposób jawny – to mistrzostwo gatunku."Monachium" – jeżeli jest dobre, to dzięki "Dniowi szakala", "American Gangster" – dzięki "Serpico", "Marsylski łącznik" dzięki "Francuskiemu łącznikowi", wszelkie filmy biograficzne osadzone w tych latach: "Lovelace", "Badaasss", „Teksańska masakra” stanowią bezpośrednią aluzję do "Głębokiego gardła", czy "Sweet Sweetback Baadasssss song". Remaki horrorów są często zakorzenione właśnie w postawieniu sprawy w sposób taki, jak w filmach z tamtych lat.

"Vinyl" mówi głównie o muzyce, a także o ikonach popkultury tamtych lat, przy czym raczej o nich nie mówi, tylko o nich wspomina. Andy Warhol, Elvis Presley i t.d. to takie znaczniki. Jednak to, czego temu serialowi brakuje, to wielkości - ujęcia naprawdę ważnego tematu w sposób epicki* (*kalkując z amerykańskiego slangu). To, co udaje się "Vinylowi" mimo jego monotonii, to zachowanie atrakcyjnej fabularnie klamry - jest morderstwo w pierwszym odcinku, to i musi być w ostatnim. O ile pomysł ten zawiódł twórców "House of Cards" (wiceprezydent - morderca to jednak zbyt tandetne rozwiązanie), to w "Vinylu" jest to OK, bo główny bohater nie jest politykiem, ani postacią rzeczywistą. W "Vinylu" sprawdza się aktorstwo Bobby'ego Cannavale'a w roli Richiego Finestry - producenta muzycznego ukazanego jak gracz giełdowy w "Wilku z Wall Street", czy jak zarządca tytułowego "Kasyna" w poprzednich dziełach Scorsesego (odpowiedzialnego za pilot serialu). To celny skrót myślowy - każdy muzyk uważa po cichu swojego wydawcę za bandytę (casus "Jesteś bogiem" i postaci granych przez Piotra Nowaka i Arkadiusza Jakubika). 

C.d.n. ...

*kodeks Hayse'a (od istniejący w Hollywood w latach 30.-60. XX wieku 

sobota, 11 czerwca 2016, juliancio.wodnik

Polecane wpisy