Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Blog > Komentarze do wpisu

"Ręce do góry"

"Ręce do góry" Jerzego Skolimowskiego z 1967 roku, o 21:30 dziś, czterdzieści osiem lat po powstaniu, podniesione zostaną na dziedzińcu d. budynku KC PZPR koło ronda De Gaulle'a. Skolimowski ma w tym miesiącu swoje piętnaście minut, a w zasadzie "11 minut" za które może dostać aż dwa Złote Lwy - weneckie i gdyńskie. Okazja do odświeżenia sobie filmu sprzed prawie połowy stulecia jest więc przednia. 

Zaraz po nakręceniu "Rąk do góry" Skolimowski został poproszony o podniesienie rąk do góry i grzeczne opuszczenie kraju w tempie niezwłocznym. Kadr z filmu powyżej sugeruje czemu taka sytuacja miała miejsce - Skolimowski zawsze jechał po bandzie i testował granice cenzury... i wytrzymałości widzów: to on wszak kazał talibom wsiadać na zakrwawione białe konie na mazurskich śniegach, to on przekładał (nieprzekładalnego) Gombrowicza na angielski, a marsjański na ludzki, to on raz walczył z rosyjskimi oprychami a raz sam nimi był. Zawsze zadzierał nie tylko z cenzurą, ale i z samą Scarlett Johanson, czy z widzami. Znajdywał jednak nie raz i oklaski.

Tego samego roku własnie Niemcy nagrodzili go w Berlinie Złotym Niedźwiedziem za najlepszy film (co prawda za inny, bo za "Start"). Były to prawdziwe narodziny europejskiej Solidarności (w kulturze). Od tamtej pory z mniejszym lub większym sukcesem kręcił filmy na Zachodzie, wracał do Polski, milczał 18 lat, zdobywał Zlote Lwy to tu, to tam, pozytywnie werbował do współpracy Jeremy'ego Ironsa, Roberta Duvalla, Klausa Marię Brandauera, czy Vincenta Gallo. 

Film nie miał swojej premiery w 1967 roku, ale 18 lat później, w 1985 roku  - trzydzieści lat temu. 

Taki rocznicowy charakter wyświetlanego filmu dobrze koresponduje z samą historią - głównym tematem jest bowiem rocznica właśnie, dzień spotkania się po 10 latach absolwentów Akademii Medycznej. Jeżeli oszacujemy, że są to absolwenci t.zw. pokolenia 1956 roku, czyli roku słynnego poznańskiego czerwca i "wiesławowskiego" października, roku odwilży i roku wycieku referatu Chruszczowa wraz z zawartą w niej krytyką kultu jednostki (widocznej na obrazku), to mamy też w tym filmie zarówno podsumowanie gomułkowsiej dekady małej stabilizacji, mamy same sixtisy widziane od zewnątrz, jak i ejtisy z perspektywy oddalonego artysty, a wreszcie mamy - my sami - rok podsumowań, rok naszych wyborów (parlamentarno-prezydenckich) i dzień referendum.

Ów miks wychodzi jednak Skolimowskiemu specyficznie. Sixtisowa, awangardowa atmosfera "Rąk do góry" wzbogacona (a w zasadzie zubożona) o ejtisowy, eksperymentalno-dokumentalno-eseistyczny dodatek reżyserski, sprawia, że reżyser zamiast wprowadzać widza w film, to w zasadzie widza wyprowadza - statystyczny wskazany widz może bowiem uciec z seansu przed jego zakończeniem. Skolimowski przez pół godziny opowiada o swoim życiu zanim pokaże nam film. 

O ocenie tych zabiegów warto pisać - ale po co odstraszać, jak lepiej zachęcać. "Ręce do góry" można dziś oglądać w zasadzie chyba tylko jako kino dokumentalne, a w zasadzie dokumentujące - pokazujące jak kiedyś wyglądali znani, żywi i nieżywi aktorzy, jak się grało, ubierało, słuchało jazzu, o tym, jak się robiło eksperymenty filmowe i o tym jak ich sie zakazywało... Poza tymi walorami... hm... estetycznymi, "Ręce..." raczej się zestarzały, pomarszczyły.

O tym, czy "Ręce do góry" w ogóle nadają się jeszcze do oglądania zadecydujecie sami - Film grany jest dziś zupełnie za darmo, stąd zwrot za bilety nie będzie uwzględniany. Seans zamyka cykl o którym wspominaliśmy tutaj

niedziela, 06 września 2015, juliancio.wodnik

Polecane wpisy