Kultura for free, ale i nasza praca for free. Prekariusze - wszystko za darmo, ale nie na darmo - przynajmniej taką mamy nadzieję! Zapowiadamy darmowe wydarzenia w Warszawie.
Blog > Komentarze do wpisu

Krytyka sztuk wizualnych czyli MSN

Krytyka sztuk wizualnych.

Temat brzmi pretensjonalnie, jednakowoż użycie go w tytule jest jedynym sensownym sposobem na podkreślenie tego, o czym chcę napisać. Krytyka filmowa, literacka, muzyczna, czy teatralna potrafi być zarówno intelektualna, jak i nieco przyziemna, jakkolwiek też interesująca. Między krytyką wskazanych dziedzin kultury a krytyką sztuk wizualnych dostrzegam jednak ogromny przeskok, uskok tektoniczny. 

Niektórzy recenzenci kultury nie potrafią pisać o sztuce wizualnej w sposób ludzki, w sposób który by mnie zadowalał. Maria Poprzęcka jest tutaj dla mnie chlubnym wyjątkiem - profesor potrafi pisać i opowiadać o sztuce (obrazach, rzeźnie) w sposób barwny i wciągający. Niemniej jednak i w jej opisach dominuje ton wysoki, co jest o tyle charakterystyczny, że sztuka jako taka wysoki charakter straciła już w czasach pana, który wystawił w galerii pisuar, a mowa o sami pamiętacie kim, a jak akurat zapomniałem. 

Chodzi mi o to, żeby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, pisał Słowacki. Gdy ogląda się w galerii prace Kozyry o tańczących nagich dziadkach, rzadko kiedy podkreśla się takie uczucia jak uduchowienie ewokowane muzyką Stravinskiego i skojarzenia z choreografią i kontekstem kulturowym jakim była działalność pana Niżyńskiego. A jednak w opisach koło video-artu takie właśnie widnieją sformułowania. 

Język krytyki sztuki jest oderwany od samej sztuki. Jeżeli taka właśnie jest intencja artystów, znaczy to, że oderwani są oni sami od społeczeństwa. Pielęgnowanie w sztuce wizualnej XX-wiecznych trendów szlachetne jest, ale czy potrzebna jest szlachetność, czy sztuka przemawiająca?



Pewne grupy artystyczne, jak Krasnals chociażby, kpią z tonu w jakim wypowiadają się krytycy sztuki, co jest już samo w sobie zjawiskiem pozytywnym, natomiast czasami  ton tej kpiny jest cokolwiek niezrozumiały. Sam wyczuwam na przykład w języku "Whielki Krasnal" kpinę z języka Andy Rottenberg, co śmiało może uchodzić za antysemityzm i śmiało trafić może do galerii Zachęta, w której nie tak dawno zamieszczano listy i protesty przesycone czarnosecinną treścią skierowaną pod adres ówczesnej dyrektor Zachęty, która nic na to nie mogąc ma pochodzenie żydowskie - i co z tego? 

Skutek osiągnięty jest przeciwny - zamiast zasypywać podziały, budować własną groblę przez bagno krytyków, bagienko sztuki i bagnisko plebsu, bo raczej mostów się nie sypie, ani nie buduje między bagnami - leje się wodę i dolewa się ją do bagna nie pomagając w jego osuszaniu.   

Zatem dostrzegając zbieżność celów Krasnals, jak i niezbyt udane próby wychodzenia sztuki do ludzi - proponuję własną formę - wychodzenie ludzi do sztuki i tym celem jest pisanie o sztuce w sposób potoczny, nieco wulgarny ale nie do końca, bliski nie jakiemuś określonemu targetowi, ale przede wszystkim mi samemu, jako odbiorcy.

Przymierzając się zatem do krytyki sztuki w sposób taki w jaki blog SRECENZJE robi o filmie, czy jak niegdyś Boy-Żeleński robił to o teatrze (pisząc o Hamlecei kpił z jego wielkopańskich problemów, a o "Weselu" pisząc plotkę) - polecam i sam jadę obejrzeć wystawę w MSN otwartą i czynną stale. Wstęp - nie trzeba mówić dwa razy - wolny.

czwartek, 30 maja 2013, juliancio.wodnik

Polecane wpisy